Gaude Maria

O wpływie korporacji na państwo - przypadek Irlandii

O wpływie korporacji na państwo - przypadek Irlandii

W połowie lipca internet obiegła wiadomość o decyzji Sądu Generalnego Unii Europejskiej w Luksemburgu, zgodnie z którą Apple nie musi płacić Irlandii 13 mld euro zaległych podatków, których zwrot nakazała cztery lata temu Komisja Europejska. Według tej ostatniej Irlandia udzieliła amerykańskiemu koncernowi nieuzasadnionej pomocy publicznej w postaci ulg podatkowych.

W latach 2003–2014 Apple płacił podatek dochodowy w Irlandii wg efektywnej stawki, która spadła z 1% w 2003 r. do 0,005% w 2014 r. (stawka podatku dochodowego w Irlandii wynosi 12,5%). Zdaniem KE była ona znacząco i sztucznie zaniżona. W odniesieniu do dwóch spółek należących do grupy Apple i zarejestrowanych w Irlandii w interpretacjach indywidualnych zatwierdzono metodę określania dochodu podlegającego opodatkowaniu, która nie odpowiadała rzeczywistości gospodarczej. Niemal wszystkie dochody ze sprzedaży odnotowane przez obie spółki były wewnętrznie przypisywane „siedzibom głównym”, które według KE istniały jedynie na papierze i nie były w stanie generować jakichkolwiek dochodów. Z kolei przypisywane im dochody nie były opodatkowane w żadnym państwie. Komisja orzekła, że warunki opodatkowania w Irlandii umożliwiły Apple’owi uniknięcie płacenia podatków od niemal wszystkich dochodów ze sprzedaży jej produktów na całym jednolitym rynku Unii Europejskiej. Zdaniem Komisji takie działanie było niezgodne z unijnymi zasadami pomocy państwowej, ponieważ pozwoliło firmie Apple zapłacić znacznie niższe podatki niż te płacone przez inne przedsiębiorstwa.

Kierownictwo koncernu z Cupertino utrzymywało, że decyzja KE nie miała podstaw ani w prawie, ani w faktach i że w pełni wywiązali się ze swojego obowiązku podatkowego. Zwrotu 13 mld euro nie chciała także sama Irlandia, obawiając się utraty wiarygodności w oczach zagranicznych inwestorów.

Lipcowy wyrok odrzucający nakaz KE dolał oliwy do toczącej się dyskusji o nieuczciwej praktyce unikania podatków przez korporacje międzynarodowe (ang. Multinational Corporations, MNC). Ich krytycy twierdzą, że unikanie opodatkowania osiągnęło gigantyczną skalę, prowadząc do zubożenia społeczeństw już ubogich, a przynosząc korzyści jedynie kierownictwu korporacji oraz krajom oferującym korzystne warunki podatkowe, takim jak Irlandia. Czy jednak Irlandia jest rzeczywiście w obecnej sytuacji wygraną?

Ekonomia realna i iluzoryczna

Pomijając fakt, że Irlandia na masową skalę uczestniczy w nieuczciwym procederze unikania opodatkowania przez korporacje międzynarodowe, powszechnie uważa się, że odniosła spektakularny sukces, stając się liderem w wyścigu państw rywalizujących o przyciągnięcie i utrzymanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych.

Apple jest tam obecny od czterdziestu lat. W tym czasie Irlandia doświadczyła niebywałej transformacji gospodarczej. Jeszcze na początku lat osiemdziesiątych miała jeden z najniższych dochodów na mieszkańca i jedną z najwyższych stóp bezrobocia w Europie. W połowie lat dziewięćdziesiątych do Irlandii sprowadziły się kolejne firmy technologiczne – Microsoft, Dell i Intel, które znalazły tam wykfalifikowanych pracowników mówiących płynnie po angielsku, skłonnych pracować za stawki znacznie niższe niż Amerykanie czy Niemcy. Już w pierwszej dekadzie dwudziestego wieku irlandzki produkt krajowy brutto na mieszkańca przewyższył analogiczny wskaźnik USA i Wielkiej Brytanii. Oprócz branży technologicznej rozwijały się przemysły farmaceutyczny, chemiczny i rolnictwo.

Dzisiaj Apple zatrudnia w Irlandii około 6000 osób. Jeśli dołączyć do tego pracodawców takich jak Google, Facebook, Intel, Dell, Microsoft oraz wiele mniejszych przedsiębiorstw z branży hi-tech okaże się, że odsetek zatrudnionych w tym sektorze w skali całego kraju wynosi blisko 3 proc. i jest najwyższy w Europie. Ogółem w korporacjach międzynarodowych pracuje co siódmy mieszkaniec Irlandii.

Wszystko to sprawiło, że w 2019 roku Irlandia była najszybciej rozwijającą się gospodarką w Europie (PKB wzrósł o 5,5 proc.). Można by to uznać za potwierdzenie tezy o pozytywnym wpływie bezpośrednich inwestycji zagranicznych na jej gospodarkę. Tworzenie przez nie nowych miejsc pracy oraz korzystanie z usług lokalnych przedsiębiorstw rzeczywiście ożywiło ekonomię celtyckiego tygrysa.

Istnieje jednak inne, mniej znane oblicze modelu gospodarczego, na którym Irlandia oparła swój dobrobyt. Komentatorzy mówią nawet o istnieniu ekonomii iluzorycznej lub urojonej, działającej równolegle do gospodarki rzeczywistej. Lwia część zysków księgowanych przez globalne koncerny nie pochodzi bowiem z ich rzeczywistych zdolności produkcyjnych, ale jest pozyskiwana kanałami finansowymi.   

Co jakiś czas Bank Irlandii publikuje informację o istnieniu równoległego systemu bankowego, tzw. bankowości cienia – szeregu instytucji, które nie są bankami, choć dokonują operacji o charakterze bankowym. Posiadają aktywa (głównie w imieniu korporacji międzynarodowych) stanowiące wielokrotność rzeczywistej wielkości gospodarki Irlandii. Bank Irlandii ocenił, że w I kwartale 2020 r.  miały one wartość 4,5 bln (tj. 4 500 mld) euro i w ciągu ostatnich 3 lat wzrosły o blisko 1,7 bln euro.

Z kolei Międzynarodowy Fundusz Walutowy obliczył, że w 2019 r. dwie trzecie wartości bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Irlandii, szacowanych na 500 mld euro, to środki spółek fasadowych stworzonych w celu uniknięcia opodatkowania w innych krajach. Wartości te pokazują, że szacowana wielkość gospodarki irlandzkiej nie posiada pokrycia w rzeczywistym potencjale państwa, a jej losy leżą w rękach podmiotów zagranicznych.

Powyższe i podobne zestawienia dają jednak tylko częściową odpowiedź na pytanie o wpływ MNC na gospodarkę Irlandii. Są zestawieniem argumentów „za” i „przeciw”, bowiem dotyczą jedynie elementu materialnego omawianej relacji. Organizują zwolenników i krytyków istniejącej sytuacji w niekończącej się debacie, która utrwala status quo.

Celowość wyeliminowana

Odpowiedź na pytanie o wpływ korporacji międzynarodowych na państwa narodowe tylko dlatego nie jest jednoznaczna, że cały aparat analityczny, który przyjmuje się przy tego typu ewaluacji pozostaje pod wpływem jednego konkretnego nurtu filozoficznego, który wyeliminował z obszaru swojego dochodzenia pytanie o celowość rzeczy. Od kilku już stuleci naukowcy i badacze zjawisk społeczno-ekonomicznych nie zadają zasadniczego pytania, które wcześniej zapewniało ludziom trzeźwy osąd rzeczywistości – pytania o to, do czego rzecz służy.

Myśliciele nowożytni, zafascynowani osiągnięciami mechaniki zasadzającej się na relacjach materialnych, uznali rozważanie celowości za niepotrzebne, w konsekwencji czego wszelkie nauki rozwinięte na gruncie myśli Kartezjusza wyeliminowały je ze swej metodologii. Jeżeli nawet uwzględniano cel w analizach, to jedynie w postaci szczątkowej, jako pochodną relacji materialnych, a nie jako zasadniczą przyczynę rzeczy, jak czynili to Arystoteles czy Tomasz z Akwinu. Tymczasem pytanie o cel można nazwać filozoficznym power question, czyli pytaniem otwierającym drogę do wniknięcia w sedno rozważanego zagadnienia.

Budowę pajęczyny, na przykład, myśliciel nowożytny wyjaśnia układem neurofizjologicznym i dziedzictwem genetycznym pająka. Realista natomiast odwoła się do celu pająka – zapewniania sobie pokarmu. Choć odpowiedź ta zdaje się trywialna, a dwa omawiane podejścia mogą nie stać ze sobą w sprzeczności, różnica między nimi tkwi w rozumieniu, który z dwóch aspektów determinuje ostatecznie omawiane zjawisko. Materialiści utrzymują, że to struktura fizyczna daje kształt celowi, natomiast realiści twierdzą, że to cel determinuje strukturę materialną sieci.

Analogicznej argumentacji używa się w odniesieniu do człowieka, jego działalności oraz jego życia wspólnotowego. Nauki społeczne podstawą swych analiz czynią przypadłościowe cechy relacji: bądź to ludzką skłonność do konfliktu, bądź inklinację do wzajemnej solidarności; bądź to ludzką chciwość, bądź szczodrość, skrzętnie ukrywając fakt, że rzeczywisty charakter tych relacji uzależniony jest od celu, któremu służą, i od konkretnych intencji uczestników życia społecznego.

Odpowiedź na pytanie o celowość rzeczy jest warunkiem zrozumienia rzeczywistego stanu tej ostatniej, nieprzefiltrowanego przez indywidualną percepcję interpretatora. Jest to pytanie, które skutecznie leczy ludzki myślenie z naleciałości materializmu, ewolucjonizmu (biologicznego czy społecznego), a rzeczy badanej przywraca właściwą miarę.

Pytanie o wpływ korporacji międzynarodowych na państwa narodowe rozpatrywany w aspekcie celowości daje całkowitą jasność co do jego natury.

Cel, czyli misja

Argument tworzenia miejsc pracy i ożywiania lokalnych przedsiębiorstw przez korporacje międzynarodowe opisuje efekty materialne towarzyszące procesowi inwestycji. Jednak zjawiska te nie są czynnikiem determinującym ich długookresowy i szerszy wpływ na dany kraj. Tym, co nada temu wpływowi jego ostateczną formę jest cel inwestora. W przypadku korporacji cel ten można odczytać ze sformułowanych przez nie deklaracji misji i wizji.

W skrócie, misją globalnych firm technologicznych jest tworzenie i dostarczanie klientom na całym świecie sprzętu, oprogramowania i usług. Z kolei celem państwa narodowego jest dbałość o dobro wspólne obywateli – cel, który Irlandia ma wpisany do swojej konstytucji. Tak długo, jak cele te wzajemnie się nie wykluczają, współpraca jest możliwa i może przynosić obopólną korzyść. Jednak, gdy cele przestają być spójne, wówczas albo współpraca się kończy, albo jedna ze stron porzuca swój cel, zmienia kurs i zaczyna podążać w kierunku wyznaczonym przez drugą stronę. Rzadko zdarza się, że MNC rezygnuje ze swojego celu dla dobra wspólnego obywateli państwa-gospodarza. Znacznie częściej zdarza się sytuacja odwrotna.

W latach 2015-2018 w Irlandii miały miejsce zdarzenia, które celnie obrazują dynamikę powyższych zależności.

Centra danych w lesie

W 2015 r. Apple wystąpił do irlandzkich władz o pozwolenie na realizację ośmiu centrów danych na terenie 200-hektarowego lasu, nieopodal miejscowości Athenry. Całkowity koszt projektu miał wynosić 850 mln euro.

Przypadek chciał, że jeden z mieszkańców miasteczka, Allan Daly, zawodowo i hobbystycznie interesował się, czy raczej pasjonował, tematyką wpływu centrów danych na środowisko naturalne. Wraz z kilkoma innymi osobami zarzucili koncernowi oraz lokalnym władzom, że przed wydaniem pozwolenia na budowę nie zbadały dostatecznie potencjalnych problemów, takich jak obciążenia sieci energetycznej przez proponowane centra. Daly wyliczył, że osiem centrów zużywałoby 240 megawatów, czyli 6,75 proc. całego zużycia prądu w Irlandii. Apple argumentował, że potrzeby energii wykorzystywanej przez centra byłyby w 100 proc. zaspokojone ze źródeł energii odnawialnych. Jednak, jak twierdził Daly, Apple uszczupliłby jedynie istniejące zasoby energii odnawialnej Irlandii, nie zapewniając żadnych dodatkowych.

Ponadto, zdaniem przeciwników projektu, hałas, ruch i zanieczyszczenie stwarzałyby zagrożenie dla wielu miejscowych gatunków zwierząt. Biorąc pod uwagę, że centrum zatrudniałoby jedynie około 150 osób, czyli korzyść wynikająca z efektu „tworzenia miejsc pracy” byłaby znikoma, koszt, zdaniem przeciwników przedsięwzięcia, był zbyt wysoki.

Pomimo przedkładanych zastrzeżeń, organ odwoławczy wydał pozwolenie. Sprawa trafiła do irlandzkiego Sądu Najwyższego, który także orzekł na korzyść amerykańskiego koncernu. Przeciwnicy projektu odwołali się i od tej decyzji. Sąd przyjął odwołania, na co Apple odpowiedział wycofaniem się z projektu.

Daly apelował do władz Irlandii o roztropniejsze planowanie inwestycji polegającej na budowie centrów danych, których specyfika jest jeszcze mało znana, oraz o stworzenie stosownych regulacji. Reprezentanci władz, owszem, zgodzili się, że regulacje powinny zostać zmienione, ale w kierunku ułatwiania procedur wydawania stosowych pozwoleń.

Irlandia udoskonala procedury

Komentując wiadomość o rezygnacji Apple’a z inwestycji, minister ds. Biznesu, Przedsiębiorczości i Innowacji, Heather Humphreys, oświadczyła, że ​​rząd zrobił wszystko co w jego mocy, aby wesprzeć projekt, nawiązując współpracę z firmą na wysokim szczeblu zarówno w Irlandii, jak i za granicą. Dodała, że opóźnienia wskazują na potrzebę skuteczniejszego planowania i stosowniejszych procedur prawnych, aby w przyszłości administracja irlandzka była wydajniejsza. „W związku z tym rząd już od kilku miesięcy pracuje nad udoskonaleniem tych procedur. Dzięki temu będziemy lepiej przygotowani do wykorzystania w przyszłości takich możliwości inwestycyjnych” – oświadczyła Humphreys.

Z kolei dyrektor generalny rządowej agencji ds. inwestycji, IDA Ireland, Martin Shanahan, nazwał bieg wydarzeń „rozczarowującym, choć – jak dodał – nie dziwi go fakt, że firma [Apple] stwierdziła, że ​​nie będzie już angażować się w ten proces. Zdobywanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych [przez państwa narodowe] jest ciągłą rywalizacją. Irlandia od wielu lat odnosi wielkie sukcesy, ale nie możemy tego brać za pewnik. Musimy stale poprawiać naszą konkurencyjność i szybkość reakcji”. Shanahan powtórzył słowa  Humphreys w odniesieniu do tworzenia w przyszłości skuteczniejszych przepisów dotyczących planowania, aby dostosować je do tempa, w jakim działa świat biznesu.

I rzeczywiście, w marcu 2018 r. rząd irlandzki wprowadził nowe przepisy w celu przyspieszenia procesu planowania centrów danych, które zostały sklasyfikowane jako „infrastruktura strategiczna”, co miało umożliwić wnioskodawcom pominięcie władz lokalnych i składanie wniosków bezpośrednio do organów wyższej instancji.

Trudno było znaleźć wypowiedzi rządzących, w których deklarowaliby zmianę prawodawstwa w kierunku większej dbałości o środowisko naturalne czy też w kierunku racjonalizacji polityki energetycznej przy tego typu inwestycjach. Nie wzięto pod uwagę długofalowych efektów centrów, a jedynie krótkofalowe korzyści. W imię „konkurencyjności” pojętej w znaczeniu czysto komercyjnym zignorowano fakt, że w perspektywie długookresowej inwestycja wygenerowałaby znaczne koszt, a często i trwałe straty, za które ostatecznie zapłaciłby podatnik irlandzki.

Innymi słowy, rząd przyjął optykę firmy Apple. W chwili, gdy wystąpił konflikt interesów, ewidentnie widoczny w przypadku budowy centrów danych, rządzący ze względów wizerunkowych stanął po stronie giganta. Skrupulatnym analizom obywatela poświęcono minimum uwagi. Nawet jeżeli analizy były niepoprawne, dobro wspólne wymagało, aby je rozważyć, poddać szerszej dyskusji i dokonać stosownych zmian w prawodawstwie. Tymczasem jedyną odpowiedzią władz była deklaracja o przyspieszeniu procedur w przyszłości. De facto oznacza to wyeliminowanie części etapu, na którym obywatele mogą zgłaszać zastrzeżenia.

Dbałość o konkurencyjność i sprzyjanie zagranicznym inwestorom są w Irlandii dostrzegalne w różnych sferach życia. Dla decydentów stały się wyznacznikiem rozumienia, czym jest dobro wspólne, także w odniesieniu do obszarów takich jak szkolnictwo, edukacja czy nauka. Skala wpływu zasad, jakie wiele korporacji ma wpisanych w swoje kodeksy postępowania, jest także odczuwalna w wyborach, jakich dokonują sami obywatele Irlandii, o czym świadczą choćby wyniki kilku ostatnich referendów. Jednak przypadek Allana Daly’ego pokazuje, że cel uniwersalny, jakim jest trwanie przy rozumieniu rzeczywistości, a który łączy ludzi niezależnie od ich narodowości, ma na nią faktyczny wpływ. Nawet w tak nierównej walce dawidowa proca prawdy skutecznie kruszy fasadowe elementy systemu.

 

Tekst ukazał się pod tytułem "Zatrute jabłko w raju celtyckiego tygrysa", na łamach magazynu „Patriotyzm gospodarczy” – dodatku do Gazety Polskiej Codziennie z dn. 30 lipca 2020 r.