1

Słudzy Maryi

Słudzy Maryi pospolicie Serwitami zwani, powstali w r. Pańskim 1233, w mieście Florencji, stolicy krainy zwanej wówczas Etrurią, a dziś stanowiącej jedną z prowincji państwa Włoskiego. Założycielami tego świętego zgromadzenia, było siedmiu obywateli tego miasta, do najmożniejszych i najznakomitszych rodzin Florenckich należących, a jak w owej porze większa część najbogatszych tam mieszkańców, kupiectwem się trudniących. Byli to: święty Bonfil Monaldi, św. Jan Monneti, św. Benedykt Antelli, św. Bartłomiej Amidii, św. Kykower Ugocioni, św. Gerand Sosteni i św. Aleksy Falkoneri. To są imiona ich i nazwiska ze świata. Lecz że jedni zmienili je w zakonie a drudzy za chowali dawne, więc stąd ich biografowie niejednakowo je podają. W lekcjach Brewiarza imiona ich są następujące: Bonfil, Bonjunkt, Manety, Amadeusz, Ugocjusz, Sosteni i Aleksy.

Tych to więc siedmiu mężów wybrała Sobie przenajświętsza Matka Boga jakby na budowniczych do mającego wznieść się, na szczególną Jej cześć i chwalę gmachu duchowego. I podobnie jak według słów Pisma świętego, przedwieczna Mądrość budując dla Siebie przybytek, wyciosała i umieściła w nim siedem filarów, tak i przenajświętsza Panna, Boskiej Mądrości Matka, do wybudowania tego Swojego przybytku duchowego, z zakamieniałego świata wyrywając tych siedmiu Świętych, jakby wyciosała z nich kolumny, na których miał powstać nowy zakon Serwitów.

Oni to bowiem stali się pierwszymi przesławnymi założycielami jego; oni dali mu początek. A trudniąc się kupiectwem, w tym swoim zawodzie znalazłszy, według przypowieści Ewangelicznej, jedną dobrą, owszem najlepszą perłę, przenajdroższą Maryję Pannę, dla posiadania tego skarbu nad skarbami wszystkiego się wyrzekli i kupili Ją.

Nie tylko bowiem wszystko co posiadali rozdali ubogim, ale i samych siebie zaprzedając Matce Bożej, oddali się Jej na własność, a jak przedtem kupcami zwykłymi byli, tak później niezmordowanymi nabywcami dla nieba dusz ludzkich się stali.

Istniało już wtedy we Florencji Bractwo, do którego należeli najznakomitsi tamtejsi mieszkańcy. Przyjmowano do niego tylko osoby nieposzlakowanych pod każdym względem obyczajów, wzorowych katolików i odznaczających się wiernością dla Stolicy Apostolskiej, na którą właśnie wtedy różne stronnictwa polityczne, i odrywające się od jedności Kościoła liczne sekty religijne, zawzięcie uderzały. Bractwo też to wielkiego poważania, a że głównym jego celem było odprawianie różnych publicznych nabożeństw na cześć Matki Bożej, więc nazwane zostało Bractwem Chwalców Maryi (Laudatores Mariae).

Wszyscy nasi Święci nie tylko do Bractwa tego należeli, ale nawet odkąd do niego wstąpili, odznaczając się wysoką świątobliwością, ożywili we wszystkich jego członkach pragnienie doskonałości chrześcijańskiej, a stąd ćwiczenie się w najgruntowniejszych cnotach, najodpowiedniejszych położeniu jakie kto z należących do tego pobożnego stowarzyszenia zajmował na świecie.

Dzięki ich więc głównie zbawiennemu wpływowi, Bractwo Chwalców Maryi rozszerzyło się bardzo, i wszystkich budowało, co nawet ściągnęło uwagę miejscowego ówczesnego Biskupa Ardynga, prałata wysokiej świątobliwości. Zaopiekował się też on tym pobożnym gronem swoich najwybrańszych owieczek w sposób szczególny, a siedmiu naszych Świętych którzy byli ich ozdobą i jakby kierownikami, w wielkim miał poważaniu i serdecznie ich miłował. Często przedstawiał ich wszystkim za wzory do naśladowania, jako ludzi żyjących w świecie, piastujących wysokie w ówczesnej rzeczypospolitej Florenckiej urzędy, bardzo zamożnych i nawet skrzętnie trudniących się kupiectwem, a pomimo takich przeszkód do życia wyższej pobożności oddanego, jaśniejących nią w stopnia wysokim.

Lecz obok cnót chrześcijańskich którymi się odznaczali, i wylania się na wszelkiego rodzaju uczynki miłosierdzia, które im jednało powszechną miłość ubogich, mieli oni szczególne nabożeństwo do Matki Bolesnej. Nie tylko więc to nabożeństwo ożywili pomiędzy należącymi do ich Bractwa, ale je i pomiędzy wszystkimi mieszkańcami Florencji rozpowszechnili. Wynajdując do tego różne sposobności, nie czekając dnia w którym cały Kościół, przy końcu Wielkiego postu, uroczyście obchodzi pamiątkę Siedmiu Boleści przenajświętszej Panny, i w ciągu roku urządzali publiczne nabożeństwa, w których odpowiednie głoszono kazania, rozpamiętywano te tajemnice najrzewniejsze z życia Maryi i cześć im oddawano.

Hojnie też, jak to zawsze czyni nasza przenajdroższa Matka niebieska, wynagrodzić im to Ona raczyła, dowodząc i przez to, jak miłym jest Jej, jakiej zasługi i jak bogatym w pożytki z niego wypływające, nabożeństwo do Jej Boleści.

Usłyszawszy wezwanie ich [skierowane do każdego z nich w modlitwie] przez Matkę przenajświętszą, postanowili wyrzec się dostatków, opuścić świat i pójść za Nią: pójść za powołującym ich Jej głosem do wyłącznej Jej służby.

Jedak, żeby w tak ważnej sprawie nie robić nagle, co zwykle bywa znakiem że to co się robi, chociażby samo z siebie było dobre, robi się nie tyle z ducha Bożego, jak raczej z naturalnego usposobienia i z czysto ludzkiego upodobania, więc ostateczne postanowienie swoje co do sposobu życia jaki wieść odtąd mają, odłożyli jeszcze na czas pewien.

Pełni pokory, pomimo tak cudownych objawień jakie miał z nich każdy, nie ufali sobie, i chcieli zasięgnąć w tym rady jakiegoś świątobliwego i światłego kapłana, a w końcu i nic nie czynić, bez przedstawienia wszystkiego swojej władzy duchownej, to jest miejscowemu Biskupowi.

Bo też gdy wszystko co z nimi zaszło nie było złudzeniem i w istocie byli oni powołani do rozpoczęcia dzieła do którego ich Matka przenajświętsza powoływała, inaczej postąpić nie mogli i nie powinni byli.

Taka bowiem nieufność w siebie samego, gdy idzie o rozpoczęcie czegoś ważnego dla chwały Boga i pożytku dusz się tyczącego, jest zawsze cechą dusz w istocie wybranych i rzeczywiście do tego przez Boga powołanych. Było to zaś bardziej jak kiedykolwiek konieczne w czasach, w których nasi Święci zostali tak cudownie wezwani do wyjątkowego sposobu życia. W owych to bowiem czasach właśnie, pojawiła się wielka liczba najrozmaitszych błędnych sekt religijnych, których przywódcy, pod pozorem wskrzeszania pomiędzy wiernymi przygasłego ducha pokuty, uniesieni pychą i zarozumiałością, wypowiadali posłuszeństwo Kościołowi i wiele dusz od jedności katolickiej odrywali.

Były zaś to czasy niełatwe dla nas do zrozumienia pod tym względem, bo żyjemy w czasach rdzennie różniących się od tamtych co do powszechnego usposobienia religijnego. Dziś spomiędzy tych nawet którzy urodzili się katolikami i za katolików chcą uchodzić, a należących do klasy tak zwanej inteligencji, do klasy wykształconej, niezmiernie jest mało niepozbawionych wiary. Dziś, bardziej niż kiedyś, można powtórzyć słowa świętego Hieronima o stanie świata pod względem religijnym. Tak jak on ubolewał, że za jego życia świat ani się spostrzegł jak został Ariańskim, to jest przejął się błędami słynnego w czwartym wieku odszczepieńca Arjusza, tak dziś można powiedzieć, że świat ani się spostrzegł jak został, według bardzo trafnego teraz właśnie wynalezionego na to wyrażenia: bezwyznaniowym; to jest w nic niewierzącym, wszelką religię odrzucającym. Stąd w naszych czasach, wszystko co się odnosi do zasad wiary i moralności chrześcijańskiej, jest dla powszechności umysłów albo czymś zupełnie nieznanym, albo najwstrętniejszym, albo co najmniej ze wszystkich rzeczy obchodzących człowieka najobojętniejszym.

Lecz za czasów w których żyli święci o których mowa, wprost przeciwnie się działo. Religia i wszystko co jej tyczyło, obchodziło powszechność najwięcej ze wszelkich spraw bieżących. Wprawdzie wielkie już wtedy było odstępstwo od ducha chrześcijańskiego, od ducha Ewangelicznego. Nadużywanie wszelkiego rodzaju władzy było bardzo powszechne. Niepohamowane ubieganie się o nią, o dostatki, o zaszczyty ziemskie, i zbytki, i wśród nich gnuśna bezczynność, były to wady nadzwyczaj rozpowszechnione pomiędzy należącymi do wyższego stanu, nie wyjmując nie tylko duchownych ale nawet i zakonów, których wtedy wielka była liczba, w bogactwa opływających.

Wszędzie wkradła się wyniosłość, samolubstwo, a z tego wypływająca pogarda niższych i ucisk uboższych. Słowem, wielkie było wtedy i powszechne wyzucie się z ducha Ewangelicznego.

Lecz obok tego wiara była żywa i powszechna. Co więcej, w owej to właśnie porze, zaczęło rozbudzać się poczucie pewnej reformy, pewnej na dobre zmiany i w obyczajach w ogólności, i w nie dość wiernym odpowiadaniu swojemu wysokiemu powołaniu duchowieństwa, i w zakonach nie dość już wiernie przedstawiających na sobie najwyższą doskonałość chrześcijańską.

Ponieważ więc poczucie takiego odnowienia, ożywienia przygaszonego ducha Ewangelicznego, było jak to mówią jakby w powietrzu, więc cokolwiek to zapowiadało, cokolwiek ją obiecywało, cokolwiek w tym celu powstawało, do tego w powszechności ogromną wagę przywiązywano, wysoko to ceniono i licznych to przyciągało zwolenników.

Lecz jak we wszystkich ludzkich sprawach tak i w tym, łatwo wkradały się do tego różne niewłaściwości, z fałszywej gorliwości wynikające. A gdy do takiego porywania się niektórych na czyny do których ich Pan Bóg nie przeznaczał, przyplątywała się i pycha, a z niej wypływające zarozumiałość i zuchwały upór, więc pojawiało się wtedy wielu samozwańczych poprawicieli, reformatorów, którzy pod pozorami sposobu życia bardzo pokutnego i zewnętrznie przedstawiającego na sobie ścisłe zachowanie nie tylko przykazań lecz i rad Ewangelicznych, podnosili bunt przeciw władzy kościelnej i w odszczepieństwo zapadali.

Jednak obok tego, wskrzeszał Pan Bóg wtedy właśnie mężów świętych, którzy rzeczywiście do odrodzenia zepsutego świata, do rozbudzenia w nim przygaszonego mimo powszechnie wyznawanej wiary, ducha chrześcijańskiego, byli przez Niego przeznaczonymi i powołanymi, a którzy to wielkie dzieło właśnie wtedy, z zatwierdzeniem Kościoła i pod jego opieką, rozpoczynali. Tymi zaś byli święty ojciec Franciszek – założyciel zakonu Braci mniejszych i święty Dominik, zakonodawca od niego nazwanych Dominikanów. Ale w porze w której nasi Święci, wezwani zostali przez Matkę Bożą, do oddania się życiu wyłącznie pokucie i kontemplacji poświęconemu, dwa te Zakony dopiero co powstawały, a nawet i Zakon Braci mniejszych świętego Patriarchy Asyżskiego, jeszcze wtedy nie objął wpływem swoim nie tylko Włoch ale i świata całego, jak to wkrótce potem nastąpiło. Więc nic dziwnego, że siedmiu naszych Świętych, nie postanowiło wstąpić do którego z tych nowych zakonów, ale umyślili jakby na własną rękę coś podobnego zaczynać. Zresztą oni wtedy wcale nie zamierzali zakładać nowego Zgromadzenia zakonnego, chociaż później użyła ich przenajświętsza Panna do tego. Im wtedy chodziło tylko o własne uświęcenie, o wyrzeczenie się świata i dostatków w jakie opływali, a to dla spełnienia tego co im w wyżej przytoczonych objawieniach, każdemu z osobna najwyraźniej nakazała Matka Boża. Mając więc świeże i liczne przykłady jak niektórzy pod pozorem prowadzenia życia doskonalszego, na fałszywe a w końcu i zgubne drogi wchodzili, postanowili nie zaczynać nic stanowczo, bez zasięgnięcia rady światłego i świątobliwego kapłana.

Po dowodach łaskawości dla nich ich Pasterza, nie wątpili już o prawdziwości swoich objawień, i jak najsilniej postanowili wypełnić najwierniej dany im rozkaz przez przenajświętszą Pannę, poświęcenia się życiu pokutnemu i kontemplacyjnemu. A że te cudowne łaski jakie od Niej otrzymali, przypisywali głównie swojemu nabożeństwu do Jej Siedmiu Boleści, więc postanowili także to błogosławione nabożeństwo coraz więcej w sobie ożywiać i ile możności pobudzać do tego i innych. Zbliżała się też i uroczystość Narodzenia Maryi, do którego to dnia odłożyli ostateczne swoje postanowienie. Więc wzięli się niezwłocznie do załatwienia swoich kupieckich interesów, i do wyszukania miejsca na wybudowanie sobie kapliczki lub nabycie kościółka przy którym by osiedli. A i z jednym i z drugim prędko się załatwili. Albowiem swoje rachunki kupieckie jak to wspominaliśmy, już całkiem urządzili; a nie oglądając się wcale na koszta, nabyli mały w dość odosobnionym miejscu za miastem będący kościółek. Przy nim zaś ubogich siedem celek, z nieco większą jedną izbą na wspólne przeznaczoną zebrania, urządzili. Po tym rozdawszy wszystko co jeszcze posiadali, a co bardzo znaczne majątki stanowiło, na ubogich i na szpitale, w sam dzień Narodzenia Matki Bożej, zeszli się do nowo nabytego kościółka z księdzem Janem de Porto Benicio, którego sobie za kapelana i za ojca duchownego obrali.

Przybyli przyodziani umyślnie w najwykwintniejsze swoje szaty, a te w owych czasach w klasie zamożnej, były bardzo bogate i ozdobne. Nawet mieli na sobie i oznaki urzędów jakie piastowali, a kilku z nich było senatorami rzeczypospolitej. Uczynili zaś to dlatego, żeby i przez wyzucie się tych zewnętrznych oznak światowych, uwyraźnić niejako wewnętrzne wyrzeczenie się przez nich wszelkich dostojeństw, zaszczytów i posiadłości ziemskich.

W kościółku więc nowo nabytym, przed samą Mszą świętą, zrzucili z siebie ubranie świeckie, i przyjęli z rąk księdza Jana ubogie szare sukmany, na kształt woru pokutnego przepasanego prostym powrozem, a w ciągu Mszy świętej przystąpili do stołu Pańskiego. Po wysłuchaniu Mszy świętej, odśpiewaniu Te Deum Laudamus, Ciebie Boga chwalimy na podziękowanie Bogu że im dozwala oddać się Mu na wyłączną służbę, i antyfony do Matki Bożej Pod Twoją obronę oddając się najszczególniejszej Jej opiece, nasi Święci resztę dnia do wieczora spędzili w kościółku swoim na modlitwie. A wierni swojemu szczególnemu nabożeństwu do Siedmiu Boleści Maryi, ich rozpamiętywaniu najwięcej czasu poświęcili.

Przy zachodzie słońca, po zadzwonieniu na Anioł Pański, zgromadzili się w izbie wspólnej, urządzonej w ich nowym ubogim mieszkaniu, i tam pod przewodnictwem księdza Jana, wezwawszy Ducha Świętego, niezwłocznie przystąpili do wybrania spomiędzy siebie jednego na przełożonego. I tym został święty Bonfili, na którego od razu wszystkich sześciu towarzyszy padły glosy. Ucierpiała na tym bardzo jego pokora, lecz że ten jego obowiązek na niemałe wystawiał go trudności, i troski, i prace, więc się od niego nie wymawiał. Usilnie tylko prosił towarzyszy, żeby włożywszy na niego ten ciężar, modlitwami swoimi wypraszali mu u Boga potrzebne łaski do dźwigania go, z ich pożytkiem i bez szkody dla jego własnej duszy.

Tymczasem już w całym mieście rozeszła się wieść, o tym co z tymi siedmiu najznakomitszymi pod każdym względem obywatelami się stało. Przy powszechnym zaś jak najżywszym zajęciu się wszystkim co się tyczyło religii, a zwłaszcza przeciwdziałaniu obyczajom niezgodnym z duchem Ewangelii, o czym wyżej wspomnieliśmy,— takie poświęcenie się na życie ubogie i pokutne tych młodych jeszcze ludzi, a zamożnych i wysokie stanowiska w świecie posiadających, ogólne rozbudziło zainteresowanie się i ciekawość.

Kilka osób obecnych w kościółku gdzie Święci dopiero co przywdziali z pewną uroczystością wory pokutne, rozgłosiło to pomiędzy znajomymi; wielu więc pragnęło widzieć w tym pobożnym i ubogim stroju tych, których niedawno widywano, stosownie do ich stanu, bogato przyodziewających się. Toteż, gdy oni zaraz na drugi dzień po uroczystości Narodzenia Matki Bożej, chcąc się przedstawić Biskupowi, już jako pokutnicy, i otrzymać od niego błogosławieństwo na rozpoczęty zawód — weszli do miasta, tłumy ich otoczyły. Widok zaś tych siedmiu bogatych przed chwilą panów, w tak ubogim przybraniu postępujących, ich skupienie wewnętrzne i pokorna a przy tym dziwnie poważna postawa, na wszystkich wielkie wywarły wrażenie. Wszyscy przypatrywali się im nie tylko z zadziwieniem lecz i uszanowaniem, bo widzieli i oceniali ich poświęcenie się, przeczuwali w nich świętych mężów którzy w duchu prawdziwie Bożym rozpoczynali dzieło mające wzbogacić chrześcijaństwo nowym zastępem odnowicieli ducha Ewangelicznego, a tak wtedy w istocie potrzebnych Kościołowi.

Pan Bóg zaś, jak to nie raz bywało, i tu użył niewinnych ust dziatek, żeby we dług słów Pisma świętego: z ust niemowlątek i ssących doskonalą uczynić Swoją chwalę. Skoro bowiem siedmiu naszych błogosławionych pokutników, cudownie wezwanych do tego przez Matkę Bożą, ukazało się na ulicach Florencji, dzieci znajdujące się przy matkach przypatrujących się idącym, jakby umówione i jakby jednym chórem, w różnych miejscach zaczęły wołać: „Oto idą Słudzy przenajświętszej Maryi Panny. Oto słudzy Maryi!”

Biskup przyjął ich z największą łaskawością; błogosławił im, zachęcał do wytrwania, i dozwolił aby we wszelkich swoich potrzebach duchownych śmiało się do niego udawali, gdyż chce im dowieść że w jego ojcowskim sercu, oni niejako z pomiędzy jego pasterskiej pieczy powierzonych owieczek, pierwsze zajmują miejsce. Przy tym upoważnił ich aby w obrzędach kościelnych, a zwłaszcza przy publicznych i uroczystych procesjach, obok innych zakonów, w swoich ubogich i pokutnych sukmanach, prostymi powrozami przepasanych, wszyscy siedmiu, jakby zgromadzenie zakonne odrębne stanowiących, występowali.

Wkrótce zaś potem, następujące zdarzenie skłoniło tego świątobliwego Prałata, do polecenia im żeby stanowczo przybrali miano sług Maryi. Jak tylko osiedli oni przy nabytym kościółku za miastem, wyzuwszy się na ubogich wszelkiego mienia, żyli już tylko z jałmużny. Codziennie więc dwóch z nich, w porze przedpołudniowej, udawało się do miasta, i tam z domu do domu chodząc, prosili o wsparcie. Razu pewnego zdarzyło się, że zaszli w tym celu do pałacu rodziny Beniciów, jednej z najznakomitszych w ówczesnej rzeczypospolitej Florenckiej. Zastali panią tego domu, a osobę bardzo pobożną, trzymającą na ręku swego małego pięciomiesięcznego synka, u piersi jeszcze będącego. Gdy zaś poprosiła przybyłych kwestarzy o błogosławieństwo dla niego, niemowle wyciągając do nich rączki, zawołało najwyraźniej: „Oto słudzy Maryi,” co i ją i obecnych w wielkie zdumienie wprawiło. Tym zaś cudownym dzieckiem, był święty Filip Beniciusz, który w dwadzieścia lat potem wstąpił do zakonu Serwitów, to jest tych sług Maryi których tak cudownie wygłosił.

Otóż, gdy to cudowne zdarzenie doszło do wiadomości Biskupa, jak również i to że pierwsze pojawienie się na ulicach Florencji naszych świętych w ubraniu pokutnym, wywołało pomiędzy dziećmi nazwanie ich „Sługami Maryi” — więc zdało się mu że miano to powinni oni przybrać. Upatrując w tym jakby nowy dowód, że przenajświętsza Matka jest dla nich nadzwyczaj łaskawą i za wyłącznie poświęconych Jej sług chce żeby ich poczytywać, kazał ich zawezwać do siebie i oświadczył, że odtąd powinni przybrać nazwę Sług Maryi. Z pokorą i z niewymowną pociechą zastosowali się oni do tego rozkazu Biskupa, i już od owej chwili, zawiązujące się to nowe zgromadzenie przechowało, to błogosławione miano na zawsze, a z łacińskiego języka Servi Mariae pospolicie Serwitami bywa nazywane. A także od tej pory postanowili ci wybrani przez Samą Matkę Bożą na Jej sługi, codziennie przed Jej ołtarzem będącym w ich kościele, uroczyście odśpiewywać pacierze kanoniczne o przenajświętszej Pannie zwane Małe Oficium, a w każdą sobotę wieczorem, odprawiać nabożeństwo do Jej siedmiu Radości i Siedmiu Boleści.

Lecz słudzy Maryi, w krótkim czasie zmuszeni niejako zostali, opuścić swoje mieszkanie urządzone przy kościele przez nich nabytym. Chociaż bowiem było to miejsce dość odosobnione, że jednak nie bardzo odległe od miasta, ciszy i samotności jakiej pragnęli dla oddawania się kontemplacji niedługo zażywali. Rozgłos ich świątobliwości, każda rozmowa z odwiedzającymi ich pełna świętego namaszczenia i najzbawienniejszych nauk i przestróg jakie dawali przychodniom, a także i doświadczona skuteczność ich modlitw za proszących ich o nie, — wszystko to coraz więcej ściągało do nich znaczną liczbę osób z wszelkiego stanu. Zgiełk zaś taki, przerywał im to osamotnienie i to zerwanie wszelkich stosunków z ludźmi, jakie niezbędne jest do coraz ściślejszego jednoczenia się duszy z Bogiem, do coraz wyższej pobożności, a do której i wszelkie mają prawo powołani na te drogi przez Boga, i obowiązek o to się starać.

Po długich więc modlitwach, na uproszenie sobie co do tego znowu światła Ducha Świętego, i po zasięgnięciu rady księdza Jakuba, ich przewodnika duchownego, święci pokutnicy postanowili przenieść się na miejsce odleglejsze od miasta i ile możności osamotnione. A chociaż już wtedy pozbawieni dobrowolnie wszelkiego mienia, żyjący tylko z jałmużny z dnia na dzień wypraszanej, — nie oglądali się jednakże na trudności i wydatki spotkać ich mogące z powodu przesiedlenia się, zdając się co do tego na Opatrzność i na opiekę nad nimi Królowej niebieskiej.

Chodziło więc już im tylko o wybór miejscowości; i gdy się co do tego i wahali i na jedno zgodzić nie mogli, święty Bonfil tak do nich jako przełożony przemówił: „Bracia drodzy, na wielkie nasze szczęście, chociaż tego najniegodniejsi jesteśmy, nie tylko głosem powszechnym, lecz i przez samego najczcigodniejszego Biskupa naszego, mianowani i uznani zostaliśmy za sług Królowej niebieskiej. Do Niej więc ucieknijmy się: Ją poprośmy, żeby nas w wątpliwości co do obrania miejsca na którym moglibyśmy wierniej jak tu gdzie teraz mieszkamy, spełnić dane nam przez Nią rozkazy, oświecić raczyła. Niech Ona Sama raczy nam wskazać miejsce, na które udać się mamy, niech nas na nie zaprowadzi, i wszelkie w tym czekające nas trudności dopomoże przezwyciężyć.”

Niezwłocznie też wszyscy siedmiu, prócz zwykłych swoich nabożeństw do Siedmiu Boleści Matki Bożej, rozpoczęli i odrębne do tychże tajemnic nabożeństwo, na wyproszenie sobie u Niej oświecenia co do kroku tak dla nich ważnego. Dodali do tego, w tejże samej intencji, jeszcze większe jak niż zwykłe różne umartwienia ciała i post jaknajściślejszy. I nie zawiedli się w położonej w swoją Panią niebieską ufności. Po kilku dniach takich ćwiczeń błagalnych, każdemu z nich objawiła się przenajświętsza Panna we śnie, i puszczę na górze Senaryjskiej będącą, a o dwie mile od Florencji odległą, za miejsce na które przenieść się powinni, wyraźnie wskazać raczyła.

Lecz i tym razem nie śmieli oni bez zdania z tego sprawy i księdzu Jakubowi ich spowiednikowi i Biskupowi, coś ostatecznie postanowić. Ci zaś po przedstawieniu im zamiarów sług Maryi, i opowiedzeniu objawień jakie mieli, uznali że powinni oni i tym razem iść za Jej miłościwym wezwaniem. A że góra Senaryjska należała do posiadłości Biskupich, więc świątobliwy ten Pasterz, u którego w największych byli łaskach, i który już od początku ich powołania przewidywał w nich zawiązek nowe go zakonu, nie tylko wyznaczył dla nich na tej górze obszerny kawał ziemi, lecz obdarzył ich i hojną jałmużną, żeby tam co prędzej i kościół i przy nim ubogie chatki wybudować sobie mogli. W kilka też dni potem, już nasi Święci udali się na nowe swoje mieszkanie. Lecz że obawiali się żeby ich wydalenie się z pod bram Florencji, nie wywołało ze strony już nadzwyczaj dla nich przychylnych mieszkańców jakiegoś oporu, więc uczynili to jak najtajemniej. Nie zawiadamiając o zamiarach swoich nikogo, wyszli ze swej dotychczasowej siedziby około północy, a i z celek i z kościoła nic innego nie wynosząc, jak obraz Matki Bożej Bolesnej, który umieścili byli w głównym ołtarzu, i przed którym wszystkie swoje i prywatne i ze zgromadzającym się do ich kościoła pobożnym ludem, nabożeństwa odprawiali.

Słońce dopiero co wschodziło, kiedy przybywszy do stóp góry na której mieli osiąść, zaczęli na nią wstępować, i zapuszczać się w gęste jej bory. Góra Senaryjska była wówczas nimi pokryta, a im wyżej na nią się wchodziło, tym okazalsze trzeba było podziwiać drzewa: ogromne jodły, dęby i zimą liścia nietracące, sosny okazałe, cyprysy tak wysokie jak u nas topole, a pomiędzy nimi bujne trawy najrozmaitszym kwieciem ubarwione. Było to bowiem na początku czerwca, a góra ta w całych Włoszech odznacza się wielką żyznością ziemi, i powietrzem ani do wielkich skwarów ani do wielkiego zimna w żadnej porze roku nie dochodzącym. W miarę zaś jak się w puszczę na niej będącą zagłębiali, uderzały ich prześliczne widoki, to zieleniejących łąk pokrytych świeżą trawą, to potoków z szumem spadających, a śpiew najrozmaitszego ptactwa ożywiając to miejsce tak ciche i urocze, przypomniał im że i oni mają się tam osiedlić, jedynie dla swobodniejszego opiewania chwały Boskiej.

Wszystko zaś to myśl tych świętych kontemplatyków, nawykłych wszystko odnosić do Boga, przedziwnie podnosiło do Niego, i święty Bonfil, mając serce przepełnione uczuciem wdzięczności ku Bogu za ich zaprowadzenie na to piękne ustronie zawołał: „Poznajmyż, bracia najmilsi, jak powinniśmy miłować Boga i naszą przenajświętszą Panią niebieską! Najwyższy bowiem Stwórca, w tych przecudnej piękności Swoich tworach, na które tu patrzymy i wśród których mamy osiąść, — zgotował dla nas jakby księgi, w których wyczytywać powinniśmy Jego dobroć dla nas, a Jego potęgę i hojność Jego miłości ku ludziom ciągle rozpamiętywać.”

Około południa, a idąc ciągle gęstymi borami, gdzieniegdzie tylko przerywanymi małymi łąkami, stanęli na miejscu przeznaczonym przez Biskupa na ich osiedlenie się. Był to obszerny kawał ziemi aż nadto wystarczający na zbudowanie tam kościoła, mieszkań dla świętych pokutników i założenia wielkiego ogrodu. Wokoło zaś ciągnęły się gęste lasy, a obok miejsca tego, ze źródła nieco wyżej będącego, wypływała rzeczka, która w miarę jak po górze spadała, w coraz bystrzejszy zamieniała się potok. Jak tylko ujrzeli się na miejscu swego nowego osiedlenia, na konarze najpiękniejszego i rozłożystego drzewa zawiesili wielki krucyfiks, który z sobą przynieśli, a pod nim, na grubej gałęzi, oparli swój obraz Matki Bożej Bolesnej. Po tym uklęknąwszy przed takim naprędce urządzonym ołtarzem, ucałowali ziemię, którą im jakby Sam Pan Bóg dawał na osiedlenie się, a podniósłszy oczy od tkliwego wzruszenia łez pełne, do wizerunku przenajświętszej Panny rzekli: „Oto my opuściliśmy wszystko a poszliśmy za Tobą Matko nasza.”

Matka Nasza najmilej przyjęła to oświadczenie się Jej sług przez Nią Samą wybranych, i wyprosiła dla nich u Boskiego Syna Swojego łaskę wytrwałości w pokutnym i kontemplacyjnym życiu jakie wiedli, i za które w końcu świetne trony zajęli w niebie. Niezwłocznie też, doznali słudzy Maryi skutków najmiłościwszej nad nimi Jej opieki. Albowiem jak tylko rozeszła się po Florencji wieść że się oni przenieśli na górę Senaryjską i że tam i kościół wybudować i przy nim osiąść mają, prócz znacznych na ten cel danych już przez Biskupa funduszów, zewsząd napływać zaczęły do nich hojne datki od najzamożniejszych obywateli rzeczypospolitej, na koszta potrzebne do tego. Niezwłocznie więc przystąpić mogli do rozpoczęcia budowy kościoła; a Biskup oświadczył najłaskawiej, iż sam przybędzie dla położenia pierwszego kamienia pod ten nowy przybytek, w tak odosobnionym a bardzo uroczym miejscu wznieść się mający.

W dniu więc na to wyznaczonym, nie zrażając się trudnością dostania się prawie na sam szczyt wysokiej góry Senaryjskiej, świątobliwy ten Prałat, otoczony duchowieństwem zwykle przy tego rodzaju obrzędach otaczającym Biskupa, poświęcił i założył pierwszy kamień do mającego się budować przybytku Matki Bożej Bolesnej, gdyż w wielkim ołtarzu miał być obraz przez sług Maryi przyniesiony. Przy zakończeniu zaś tego obrzędu, zwracając się do nich z wielką uprzejmością i miłością, rzekł powtarzając słowa Patriarchy Jakuba wyrzeczone o miejscu na którym się mu Pan Bóg objawił: Nie jest tu nic innego, jeno dom Boży i brama niebieska, i dodał: „a dla was sług Maryi, miejsce to niech zwane będzie: Przybytkiem przenajświętszej Panny. Przy nim więc osiedlając się, trwajcie wiernie w rozpoczętym przez was z Jej rozkazu życiu pokutnym i kontemplacyjnym. Ja zaś, z mojej strony, nadal otaczać was będę moją ojcowską opieką, wspierać was i udzielać wam rad jakich ode mnie, jako waszego Pasterza, potrzebować będziecie.” I w ten to sposób, założony został pierwszy kościół i klasztor tego zgromadzenia zakonnego, które wkrótce potem we Włoszech i w innych krajach szerzyć się miało, a któremu, nie domyślając się wcale tego, dało wtedy początek siedmiu naszych Świętych.

Źródło: O. Prokop Kapucyn (1888). Żywot pierwszych siedmiu świętych sług Maryi (Serwitów) świeżo przez ojca ś. Leona XIII kanonizowanych. [fragmenty]

Obraz: The Seven Holy Founders of the Servite Order receiving their habit from Our Lady, Italian painting, ca. 1700 (CC 1.0)




O nawróceniu Magdaleny

Św. Bonawentura

Zbawiciel, który z niezmiernej łaskawości Swojej wszystkich prośby wysłuchiwał, dnia pewnego zaproszony przez Szymona przezwanego trędowatym, poszedł do niego na obiad, co zwykł był czynić już z samej dobrotliwości, już z gorliwości o zbawienie dusz dla których z nieba zstąpił. Zasiadając bowiem z różnego rodzaju ludźmi do stołu i obcując z nimi, pociągał ich do Swojej miłości. Przy tym robił to i z powodu zamiłowanego ubóstwa. Ponieważ był jak najuboższym, i ani Siebie Samego ani Swoich bliższych żadnym mieniem doczesnym nie zaopatrzył, więc jeśli Go kto zapraszał do siebie dla wzięcia posiłku, On pokornie i z wdzięcznością przyjmował to, w czasie i miejscu jak gdzie się nadarzało.

Owóż, Magdalena dowiedziała się, że w domu wyżej pomienionego Szymona, ma obiadować Zbawiciel. Być może, że nieraz słyszała Go kazującego, a to pewna, że już Go wtedy serdecznie miłowała, chociaż z tym nie wydawała się jeszcze. Wzruszona tedy serdeczną boleścią wewnątrz, z powodu grzechów swoich, a ogniem miłości Zbawiciela rozgorzała, zważając że bez Niego zbawienia dostąpić nie może, dłużej już zwlekać nie chcąc, udała się na miejsce uczty. Wszedłszy zaś gdzie zaproszeni zgromadzeni byli, z nachyloną pokornie głową, z oczyma do ziemi spuszczonymi, przeszedłszy obok ucztujących, nie zatrzymała się aż gdy doszła do Pana i umiłowanego swojego. A tam, u stóp Jego ścieląc się, najwyższym żalem a oraz i wstydem przejęta za grzechy swoje, upadła na ziemię i nawet całować nogi Pańskie ośmieliła się, bo już w głębi duszy miłowała Go nad wszystko. Przy tym, rzewnie i głośno zachodząc się od płaczu, tak w duchu sobie myślała: “Panie mój, mocno wierzę, wiem i uznaję żeś Bogiem i Panem moim jest. Lecz ileż to razy i jak ciężko obraziłam Twój Majestat; grzechy moje przechodzą liczbę grudek piasku morskiego. Wszakże, do miłosierdzia Twojego niegodziwa grzesznica się uciekam. Boleję i żalem jestem przejęta; błagam przebaczenia, gotowa będąc pokutować za grzechy, i już nigdy nie stawać Ci się nieposłuszną. Proszę, nie odrzucaj mnie. Innej ucieczki, wiem że mieć nie mogę i mieć nie chcę, gdyż Ciebie jedynie i nad wszystko miłuję. Nie odganiaj przeto mnie od Siebie. Za zbrodnie moje ukarz mnie jak Ci się podoba, byleś się zmiłował”. A tymczasem, łzy jej obficie spływając skąpały i zmyły stopy Zbawiciela, jak to wyraźnie powiedziano w Ewangelii, z czego masz i oczywisty dowód, że Pan Jezus bez obuwia chodził. Na koniec utuliwszy się w żalu, i poczytując się za niegodną żeby łzy jej dotykały stóp Zbawicielowych, włosami je swymi otarła. A włosami dlatego, że nic innego droższego przy sobie nie miała czym by je otrzeć mogła, a także i dlatego, że co przedtem służyło jej do próżności i ozdoby ciała, chciała odtąd zamienić na pożytek dla duszy. Poczym nie mogąc się oderwać od stóp Jezusa, i gdy miłość Boga coraz silniej ją ogarniała, ucałowała je kilkakrotnie z uczuciem tejże miłości. A że stopy Zbawiciela, z odbytych podróży były kurzem okryte, namaściła je kosztownym olejkiem.

Przypatruj się więc tu wszystkiemu pilnie, i długo rozpamiętywuj ten pobożny postępek Magdaleny, która tak szczególnie umiłowaną była przez Zbawiciela, a także i dlatego, że była to chwila bardzo uroczysta. Patrz i na Pana Jezusa, jak litościwie się z nią obchodzi, i z jaką cierpliwością pozwala na to wszystko co ona robi. Przerwał nawet Swój obiad, przez czas gdy ona tę pobożną usługę dopełniała. Przestali się też posilać i inni ucztujący, i wszyscy dziwią się tak szczególnemu postępkowi. Szymon zaś w myśli złośliwie przesądzał Zbawiciela, widząc że dozwalał zbliżać się do siebie takiej kobiecie, i przypuszczał, że chyba nie jest Prorokiem, nie poznawszy się na niej. Lecz Pan Jezus myślom jego odpowiadając, okazał się prawdziwym Prorokiem, i przypowieścią o dłużniku go przekonał. A chcąc wyraźnie nauczyć, że miłość Boga dopełnia wszystkiego, rzekł: Odpuszczają się jej wiele grzechów, gdyż wielce umiłowała. Do niej zaś samej powiedział: Idź w pokoju (1). O! słowo przemiłe i słodkie, z jakąż pociechą usłyszała je Magdalena, i jak uszczęśliwiona odeszła! Najszczerzej nawrócona, odtąd pobożnie i święcie żyła, i już od Zbawiciela i Matki Jego nie odstępowała.

Z wielką więc uwagą to rozmyślaj, i staraj się rozbudzić w sobie jak największą miłość Boga, którą tu Zbawiciel i słowem i całym tym zdarzeniem w szczególny sposób nam poleca. Masz tu bowiem wyraźnie wykazanym, że miłość Boga przywraca pokój pomiędzy Bogiem a grzesznikiem. Stąd też i błogosławiony Piotr Apostoł powiada że: miłość zakrywa wielość grzechów (2). Gdy tedy miłość Boga wszystkie cnoty uzupełnia, i żadna z nich bez miłości podobać się Bogu nie może, przeto żebyś o posiadanie jej z całej siły starała się, przez co miłą się staniesz Oblubieńcowi swojemu Chrystusowi Panu, – tedy przytoczę ci tu niektóre poważne o tym zdania, a głównie świętego Bernarda.

“Łaską najwyższą, pisze on, łaską niezrównaną, jest miłość Boga i dla Boga miłość bliźniego, – którą Oblubieniec niebieski Swojej oblubienicy Kościołowi tak często zalecać i przypominać raczył. Mówił bowiem: Po tym poznają wszyscy żeście uczniami Moimi, jeśli miłość mieć będziecie jeden ku drugiemu (3), i znowu: Przykazanie nowe daję wam, abyście się miłowali nawzajem (4); a także: to jest przykazanie Moje, abyście się nawzajem miłowali (5). Nareszcie, gdy się modlił przed samą już męką, prosił Boga aby przez miłość wszyscy byli jedno jako Ojciec w Nim a On w Ojcu (6)”. I niżej przydaje tenże Święty: “Bo zresztą cóż porównać moglibyśmy z tym, co pierwszeństwo ma nawet nad męczeństwem, nawet i nad wiarą przenoszącą góry? I dlatego miej tylko miłość, a powiem ci śmiało, powtarzając słowa Zbawiciela wyrzeczone do nawróconej z miłości Boga Magdaleny: Idź w pokoju (7); bo wtedy nic grozić ci nie może, nic przerażać, nic szkodzić nie będzie” (8). I jeszcze tenże święty Bernard: “Miarą duszy każdej jest miara miłości Boga jaką jest obdarzona, tak, że na przykład która dusza posiada wiele miłości, wielką jest, która niewiele, małą, która zaś nic jej nie ma, niczym jest, według tych słów Apostoła: Jeśli miłości nie mam, niczym jestem (9). Gdy zaś byle odrobinę jej kto mieć poczyna, tak że przynajmniej stara się miłować tych którzy jego miłują (10), już duszy takiej nie nazwę niczym, bo ona w stosunku tego co otrzymuje i co nawzajem oddaje, zachowuje przynajmniej prawa miłości wzajemnej. Lecz według słów Zbawiciela, nic ona większego nie czyni jak co czynią celnicy i poganie (11), a przeto też wcale nie za wielką lecz za bardzo małą i ciasną i biedną poczytałbym duszę o której bym wiedział, że tak mało miłości posiada. Lecz jeśli nabiera w tym wzrostu i czyni postęp, tak, iż przekraczając granice onej malutkiej i niewiele wartej miłości, wkracza całą duszą w krainę miłości bezinteresownej, starając się ogarnąć nią wszystkich bliźnich, miłując każdego jak siebie samego, czyż można w takim razie zarzucić jej, że nie czyni nic więcej nad to co czynią celnicy i poganie? Owszem: dusza taka już więcej czyni, serce jej mówię wielką miłością pała, bo ogarnia nią wszystkich, tych nawet z którymi ją żaden doczesny interes nie łączy, chociaż do żadnego obowiązku wdzięczności się nie poczuwa, słowem, chociaż niczym do tego nie obowiązana, chyba że powiedziano: Nie bądźcie nikomu nic winni, jeno abyście się nawzajem miłowali (12). A na koniec, jeśli pomny na słowa Zbawiciela, że gwałtownicy tylko królestwo niebieskie zdobywają (13), gwałt zadajesz wszelkim ludzkim w tobie uczuciom, i dostajesz się aż do ostatnich krańców królestwa miłości, tak iż ani dla nieprzyjaciół nawet nie zamykając twego serca, dobrze czynisz tym którzy cię nienawidzą, modlisz się za prześladujących i trapiących cię (14), a także i z tymi którzy nienawidzili pokoju, w zgodzie być usiłujesz (15), – o! wtedy wzniosłość nieba jest miarą wzniosłości duszy twojej, bo powiedziano: Rozciągasz niebo jako skórę (16), to niebo przecudnej wielkości, obszerności i piękności, w którym Najwyższy i Najchwalebniejszy nie tylko przebywa, lecz i przechadza się na skrzydłach wiatrowych (17)” (18).

Poznajesz więc z tego, jak niezbędną cnotą jest cnota miłości Boga i bliźnich przez wzgląd na Boga, bez której w żaden sposób nie można przypodobać się Bogu; a którą posiadając, bez wątpienia każdy staje się Mu miłym. A więc z całego serca, z całej duszy i z całej siły staraj się jej nabyć, a ona sprawi, że wszelkie przykrości i trudy doznane dla Boga i bliźniego, nie tylko cierpliwie lecz i najchętniej przenosić będziesz.

–––––––––––

Żywot Pana naszego Jezusa Chrystusa w pobożnych rozmyślaniach zawarty, przez Św. Bonawenturę Biskupa i Doktora Kościoła. (Tłumaczenie O. Prokopa Kapucyna). Kraków 1879, ss. 164-170.

Ilustracja: Benvenuto Tisi, Noli me tangere, 1525-1530, domena publiczna.

Przypisy:

(1) Łk. 7, 47. 50.

(2) I Piotr. 4, 8.

(3) Jan. 13, 35.

(4) Jan. 13, 34.

(5) Jan. 15, 12.

(6) Jan. 17, 21.

(7) Łk. 7, 50.

(8) Serm. 29 sup. Cant., n. 3.

(9) I Kor. 13, 2.

(10) Mt. 5, 46.

(11) Tamże.

(12) Rzym. 13, 8.

(13) Mt. 11, 12.

(14) Mt. 5, 44.

(15) Psal. 119, 7.

(16) Psal. 103, 2.

(17) Psal. 103, 3.

(18) Serm. 27 sup. Cant., n. 10. 11.




Najświętsza Panna Pompejańska

Co może zdziałać jeden człowiek we współpracy z Maryją Niepokalaną? Mamy wspaniały przykład św. Maksymiliana Kolbego, który działał na początku ubiegłego wieku. Nieco wcześniej pewien włoski adwokat, we współpracy z Najświętszą Panną, także dokonał wielu zaskakujących dzieł. Poniżej przytaczamy historię działalności błogosławionego Bartolo Longo, opisaną w r. 1914 przez ks. Pawła Smolikowskiego.

Któż, będąc w Neapolu, nie zechce zwiedzić także i Pompei? — Dostać się tam nie jest trudno. Wyjeżdża się koleją i za godzinę słyszy się konduktora, wywołującego stację: Pompei! — Ale dziś niewielu podróżnych wysiada, aby oglądać starożytne miasto w ruinach, tak pełne pamiątek i tak bogate w naukę. Większość, prawie wszyscy jadą dalej, do następnej stacji: Valle di Pompei: W roku 1902 zwiedziło te Nowe Pompeje 300.000 pielgrzymów, a między nimi było 10 kardynałów, 124 biskupów, do 20.000 księży, 20 senatorów, 48 deputowanych, 360 urzędników, 21 jenerałów’, 37 pułkowników, 86 majorów, 264 kapitanów, 500 oficerów, 25.000 żołnierzy, 157 profesorów, 700 adwokatów, 548 medyków itd. [w 2019 r. przybyło tam 3,9 mln. turystów – przyp. red.]

Cóż ich tak tam ciągnęło?

Cudowny, sławny na całe Włochy, a dziś już na cały świat, obraz N. Panny Różańcowej Pompejańskiej w przepysznej Bazylice, zbudowanej według wszystkich wymogów sztuki, a którą Leon XIII uznał za świątynię papieską, za Bazylikę, równą Bazylikom rzymskim; ciągnie także powstałe świeżo przy Bazylice miasto, liczące wprawdzie coś nad 4 tysiące mieszkańców tylko, ale uposażone we wszelkie wygody, zakłady dobroczynne, odpowiadające tak dobrze dzisiejszym potrzebom. Jest ogromny gmach, mieszczący w sobie około 150 sierot, jest zakład dla synów kryminalistów, których liczba dziś wynosi 140. A że tam nie wychowuje się ludzi wykolejonych, ale pożytecznych dla społeczeństwa, więc uczą się rzemiosła, stąd w Pompejach nowych powstały różne warsztaty, opatrzone we wszystkie udoskonalenia, jakie do rzemiosła wniósł postęp. Co jeszcze pociąga? Że w tym mieście wieje duch jakiś inny, odrębny duch nowoczesny, a jednak czysto chrześcijański, w tym znaczeniu, że myśl chrześcijańska, zawsze jedna i ta sama, kazała tu sobie służyć wszystkiemu, czym się dziś świat posługuje: nawet reklamie! Wszędzie też tu ruch, czynność niezmordowana, czy to w drukarni, czy w warsztatach, a wszystko na wielką skalę i wszystko służy religii.

A w końcu tym, co jeszcze tu ciągnie, to że przed niespełna trzydziestu laty nic tu nie było — była cisza zupełna i pustynia, a tych wszystkich dzieł w Nowych Pompejach, które kosztowały dotychczas 20 milionów, dokonał w tak krótkim czasie jeden człowiek: Bartolo Longo, adwokat.

Jakby więc wzywało tu wszystkich: Przyjdźcie i oglądajcie, co może jeden człowiek, niczym nie będący, nic nie mający, jeśli silną wiarą pójdzie za głosem Bożym i potrafi odpowiedzieć wezwaniu Bożemu. A że tu mówimy o religijności we Włoszech, dodać więc należy i to także, że będzie to na pewno na zawsze wielką zasługą tego człowieka, ale zarazem dowodem, ile w społeczeństwie włoskim jest religijności, bo w imię religii je do takiej ofiarności pobudził, że mógł tak wielkich rzeczy dokonać. Lepiej to jeszcze wykaże historia, bardzo zajmująca i pouczająca, powstania tego nowego miasta.

Bartolo Longo w młodości swojej stracił wiarę; owszem, szerzył niewiarę, wygadując na księży, na Kościół, a przy tym oddawał się spirytyzmowi. Przybywszy do Neapolu, (pochodził bowiem z prowincji południowych) ożenił się z wdową hrabiną de Fusco. Nawrócił się z czasem, zaczął praktykować, ale czuł w głębi duszy jakiś lęk, niepokój, pochodzący z wyrzutów sumienia. Aby się zbawić, powiadał sobie, trzeba odpłacić za złe. wynagrodzić krzywdę niejednej duszy pewnie wyrządzoną. To go martwiło, gnębiło. Mając lat 33, po strasznych wewnętrznych walkach był już złamany. Tak sam o sobie pisze.

Na drodze prowadzącej z Neapolu do Salerno, ą przechodzącej przez szeroką dolinę między Wezuwiuszem a górą Gauro, stała karczma, która należała wraz z przyległymi gruntami do hrabiny de Fusco. W r. 1872, w miesiącu październiku, Bartolo Longo udał się tam, aby w imieniu żony odnowić kontrakty z dzierżawcami. Cała ta rozległa dolina w owym czasie była zupełnie opuszczoną. Stanowiła ona jedną parafię tylko, do której należało przeszło 1200 rozproszonych po całej dolinie biednych chłopów. Lichy kościółek, stojący niedaleko karczmy, już chylący się ku upadkowi, z wielką biedą mógł pomieścić ledwie 100 osób. W tej dolinie były rozsiane, daleko jedne od drugich, biedne chaty. Więcej tam nic nie było. Nawet się żaden żandarm tu nie pokazał; a bandyci mieli tu swe gniazda. Toteż, kiedy Bartolo Longo przybył na stację Pompei, już tam na niego czekało dwóch ludzi, dobrze uzbrojonych, aby go bezpiecznie odprowadzić do owej chaty.

Przywitany przez proboszcza, mieszkającego niedaleko, staruszka bardzo gorliwego, ale tej gorliwości nie mogącego użyć, bo ludzie rzadko tylko do kościoła przychodzili, bo i pomieścić się w nim wszyscy nie mogli, a tak bez nauki, bez sakramentów prawie, żyli jak dzicy. Od niego nasłuchał się też dużo smutnych rzeczy.

Załatwiwszy swe sprawy, Bartolo Longo puścił się sam, w zwykłej zadumie, po dolinie. Jak zawsze, przygnębiony, zamyślony, szedł, nie wiedząc gdzie, i zaszedł na miejsce, które chłopi nazywają Arpaja, co znaczy: Legowisko upiorów. Cisza była głęboka; żywej duszy widać nie było. „Zatrzymałem się — pisze. Duszę moją zalegały ciemności, zdawało mi się, że mi serce pęknie z żałości. W tym przypomniały mi się słowa zmarłego mojego przyjaciela: „Jeśli chcesz się zbawić, rozszerzaj nabożeństwo do Różańca świętego. Matka Boska obiecała św. Dominikowi, że kto szerzy to nabożeństwo, zbawi się niechybnie”. Powstała we mnie nowa walka, ostateczna walka. W końcu z rozpaczliwą odwagą podniosłem oczy i ręce ku niebu i zawołałem do Matki Boskiej: „A więc się zbawię! W tej dolinie zaprowadzę Twój Różaniec!“ — I zaraz dziwny spokój i błogość jakaś opanowała mą duszę. W tym, dalekim echem, odbił się o moje uszy od głos dzwonów; dzwoniono tam gdzieś na Anioł Pański. Padłem na kolana, a kiedy zmówiwszy go, podniosłem się, spostrzegłem, żem płakał. To mi było rękojmią, że Pan Bóg mię wysłuchał, poruszył to moje serce“.

Tak opisuje początek tych wszystkich dzieł, które podziwiamy w „Valle di Pompei”, dolinie Pompejańskiej.

Obietnica, którą zrobił Matce Boskiej, nie była łatwą do spełnienia. Jak i gdzie zebrać rozproszonych ludzi? Jak ich nauczyć odmawiania Różańca? Zaczął chodzić po chatach i rozdawać koronki. Dobrze ich zrozumieć nie mógł, bo mówili jakimś zepsutym językiem, a spostrzegł, że mało ich, i to z trudem, umiało odmówić „Zdrowaś Maryjo”. — Po długich rozpytywaniach dowiedział się, że ludzie z tych stron ogromnie lubią loterie, jakie im czasem urządzają spekulanci, a na których wygrywają pierścionki miedziane, kolczyki świecące się. Postanowił z tego skorzystać, aby ich zebrać. Tak więc, zaraz w roku 1873 zapowiedział wielką loterię na trzecią niedzielę października. Nakupił koronek, krzyżyków (bo zauważył, że po chatach krzyżów nie było), pierścionków, kolczyków. Bilet kosztować miał kilka groszy, a każdy wygrywał. Przy tym miała być muzyka, sztuczne ognie. Proboszcz odśpiewa Mszę św., a zaproszony z Neapolu Dominikanin wygłosi kazanie. Ale nie bardzo udała się ta próba. Ogromny deszcz, który lał od rana, nie pozwolił liczniej się zgromadzić; muzyka nie miała gdzie grać; sztuczne ognie udać się nie mogły, a na domiar nieszczęścia okazało się, że uczonego Dominikanina chłopi nie rozumieli. — Niezrażony tym, na rok drugi inaczej się przygotowuje.

Przez trzy dni z rzędu przed dniem naznaczonym sam obchodził wszystkie chaty i zapraszał ludzi. Kazanie tym razem powiedział proboszcz, którego ludzie lepiej rozumieli. Skutek był lepszy; i ludzie nabrali do niego zaufania, bo widzieli, że tyle zachodów robi, a nic z tego nie korzysta, ale wiele z własnej kieszeni łoży. Ale chcąc ustalić nabożeństwo Różańcowe, trzeba było koniecznie, by się ludzie zbierali wspólnie i odmawiali Różaniec, trzeba było koniecznie, jednym słowem, założyć bractwo. Radził się księży, jak to osiągnąć i zrozumiał, że trzeba przede wszystkim urządzić misję. Ale jak ją urządzić? On, świecki człowiek, nie znający się na rzeczach kościelnych! Po wielu dopytywaniach, staraniach, w końcu doprowadził do tego, że w miesiącu listopadzie 1875 przysłał biskup diecezjalny (dolina ta należy do diecezji Nolo) trzech kapłanów i odbyła się misja trwająca dni 12 z wielkim pożytkiem ludzi. Wszyscy się wyspowiadali; zwaśnieni pogodzili się między sobą i Bractwo Różańcowe miało się uroczyście założyć. Ale trzeba było postarać się o obraz odpowiedni, przed którym codziennie odmawiano by Różaniec. W ostatniej chwili spostrzeżono się, że takiego obrazu nie ma.— Rzecz nagliła, bo na drugi dzień misja już się kończyła. Pospieszył zatem Bartolo Longo do Neapolu, po wielu poszukiwaniach i targach, bo ani się znał na obrazach świętych, ani umiał się targować, znalazł obraz Matki Boskiej Różańcowej. Stary to był obraz, w wielu miejscach wytarty; ale kosztował tylko 3 liry. Jak go przewieźć? Za duży był, by pozwolono zabrać go z sobą do wagonu: przesłać go frachtem nie było już czasu. Szczęściem, tego właśnie dnia woźnica jeden powracał do Pompei; jemu więc oddał do przewiezienia ten obraz, a sam, inną drogą, koleją, pospieszył z powrotem. Ale jakież było zmartwienie, gdy oczekiwany obraz przybył do Neapolu na wozie z gnojem. Poczciwy woźnica nie umiał sobie inaczej poradzić, a pobożny był, bo gdy mu chciał Bartolo za przewiezienie zapłacić, nic nie wziął, powiadając, że mu wystarcza, że obraz Matki Boskiej przywiózł do kościoła. —- Na zakończenie misji przybył sam biskup, udzielił Sakramentu Bierzmowania i Bractwo Różańcowe zostało wreszcie założone.

I któż by wtedy się domyślił, że to Bractwo, od początku swego istnienia, to jest od r. 1875, w ciągu lat pierwszych trzydziestu, miało urosnąć do 5 milionów członków! A między nimi byli: sam Ojciec święty, 30 kardynałów, przeszło 500 biskupów, a co dziwniejsza, 10.000 oficerów i przeszło 100.000 żołnierzy!

A ten obraz, kupiony za 3 liry, przywieziony na kupie gnoju, kiedyś zasłynie na całym świecie, będzie wzniesiony na tronie, który kosztował 200.000 lir, o ramie wartości 10.000, a ozdobiony blisko 1000 diamentami.

Bartolo Longo oświadczył się przed biskupem z zamiarem wystawienia w kościółku ołtarza pod wezwaniem Matki Boskiej Różańcowej. Słysząc o tym biskup, wzruszony aż do łez opowiadaniem misjonarzy o opłakanym stanie okolicznej ludności, rzekł do Bartola Longa i jego żony: „Od dawna myślę o odpowiednim kościele dla tych biednych ludzi i od dawna szukam kogoś, co by mi w tym pomógł. Otóż zamiast ołtarza wznieśmy kościół. Postarajcie się o chętnych, co by chcieli się zapisać na 1 solda na miesiąc (20 soldów na wartość 1 lir), a do zebranych przez was pieniędzy ja od siebie dodam 500 lir“. — Hrabina de Fusco zawahała się, nie bardzo chcąc się podejmować tak trudnej i niepewnej rzeczy, ale mąż jej rzekł: „Obiecaj także, a ja już będę robił za ciebie i za siebie. Ty mi dasz swoja firmę, swoich znajomych; Matka Najśw. resztę zrobi“. — Zaraz też przybywszy do Neapolu, rozesłał listy do pobożnych pań neapolitańskich, przyjaciółek swojej żony, prosząc o pomoc 1 solda na miesiąc dla wybudowania kościoła na ziemi fałszywych bogów. Hrabina też raz się zgodziwszy, krzątała się gorliwie i zbierała ofiary.

Roztropny biskup dał tę radę, aby nie rozpoczynać budować, aż się nie zbierze dobrą część pieniędzy, a następnie, aby nie nakładać większego podatku nad solda. „Dwa soldy na miesiąc — powiadał — po roku lub dwóch, znużą ofiarujących: jeden sold nikomu nie zaciąży”. Poradził też, aby i chłopów do składania się na kościół zaciągnąć, aby ich nakłonić do ofiarności chrześcijańskiej, oraz aby mieli zasługę z budowy kościoła, który przecież miał służyć ku ich dobru duchowemu. Więc Bartolo Longo znowu zaczął obchodzić i wyszukiwać mieszkańców doliny Pompejańskiej. Wśród nich zyskał 300 stowarzyszonych i 15 lir z nich ściągnięte były pierwocinami owych 20 milionów. Był to grosz wdowi, który ściągnął błogosławieństwo Boże. W Neapolu z początku przyjmowano odezwy Bartolo Longa i jego żony z niedowierzaniem. „Podjęliście się rzeczy niewdzięcznej, mówili im przyjaciele. W Neapolu tyle jest dzieł dobroczynnych i pięknych, a z wysiłkiem tylko się podtrzymują; bo wszystkie popierają jedne i te same osoby. Jakże chcecie tu coś zrobić? I to jeszcze budować kościół! Gdzieś na pustyni, daleko od Neapolu, nawet nie w diecezji neapolitańskiej! A potem, choćbyście z początku znaleźli poparcie, pamiętajcie, że macie do czynienia z charakterem południowym, co się prędko zapala do nowych rzeczy, ale łatwo też i nuży się i męczy, po jakimś czasie ostyga, a wy rozkładacie rzecz na długie lata, bardzo długie, zbierając po soldzie na miesiąc”. Tych i tym podobnych uwag musieli się nasłuchać od samych przyjaciół, cóż dopiero od nieznajomych, niechętnych. Nieraz narażali się na nieprzyjemności, odmowę. Razu pewnego Bartolo był nawet w niemałym niebezpieczeństwie. Stanął on przed drzwiami pewnego kościoła i wychodzącym ludziom z nabożeństwa rozdawał drukowane odezwy, zachęcające do stowarzyszania się na rzecz budowy kościoła w Valle di Pompei.

A że od niedawna protestanci propagowali swoje błędy, rozrzucając między ludzi drukowane oszczerstwa przeciwko papieżowi, Kościołowi i Matce Boskiej, ludzie z daleka stojący wzięli Bartola Longa za protestanta. „Co za bezczelność —- zaczęto wołać — rozrzucać piśmidła tuż przed kościołem!“

Zaczęto nań rzucać kamieniami. Dostał parę pocisków w twarz, z okrzykami: psie! potępieńcze! — Ledwo, że cało mógł ujść. Przybiegłszy do domu, wołał sam do siebie: „Czy pamiętasz? Ty, syn Kościoła katolickiego, bezcześciłeś kapłanów, zakonników w zebraniach publicznych i prywatnych! Dziś synowie Kościoła zbezczeszczają ciebie u drzwi kościelnych! Pan Bóg sprawiedliwy!“

Szło jak z kamienia; ale szło, dzięki niczym nie dającej się odstraszyć wytrwałości Bartola Longa. Aż w tym niespodziewanie Pan Bóg przyszedł na pomoc. W Neapolu, za pomocą Matki Boskiej Pompejańskiej było kilka cudownych uzdrowień. To dodawało odwagi, a powiększało liczbę stowarzyszonych. To też już 1876 r. Bartolo Longo rozpoczął budowę kościoła. Ale tu się rozpoczęły trudności innego rodzaju. Biskup powiedział: „Nie wydawajcie nic nad to, co macie“— a z drugiej strony: „Kiedy się ma — rzekł — zakładać fundamenty pod kościół, nigdy nie trzeba brać obecnej liczbę parafian, ale jaka będzie za lat 20“. Wypadało zatem wybudować kościół, który by mógł pomieścić dwa tysiące osób. Ale jak pogodzić to z pierwszym postanowieniem: nie wydawania nad to, co się posiada? Biskup i tu przyszedł w pomoc radą: „Zakładajcie fundamenty, ale nie wszystkie od razu; ułóżcie najpierw kwadrat i na nim budujcie kościół z frontem tymczasowym: za rok zburzycie ścianę frontową tymczasową i przedłużycie kościół, jeżeli zbierzecie dosyć pieniędzy i tak dalej idąc, przyjdziecie z czasem do całkowitego kościoła“.

Bartolo Longo, który się wcale nie znał na architekturze, uważał tę rade za genialną. Ale powstało nowe pytanie: jak budować fundamenty, czy na arkadach, co taniej, czy nie na arkadach? Jaki dać kształt kościołowi? Ozy ma być o kolumnach, czy nie? Czy o jednej nawie, czy o trzech? Czy w kształcie krzyża greckiego, czy łacińskiego? Czy sklepiony ma być, czy o wiązaniach z drzewa? — Trzeba było przynajmniej jakiegoś rysunku architektonicznego, ale biskup jak najmocniej przestrzegał przed architektami: „Połowa pieniędzy pójdzie na architekta, a nie macie ich za wiele”.

Trzeba jednak było się zdecydować przynajmniej na szerokość kościoła, jeśli długość miała z czasem przybywać w miarę zasobów. Widział Bartolo Longo w Scafati kościół, który odpowiadał temu w zupełności, czym miał być kościół projektowany, udał się zatem tam z żoną, z jednym księdzem i murarzem i zaczęli brać miary. Ksiądz ów narysował nawet plan, a murarz poradził, by robotników zgodzić na dniówki, to będzie taniej, a on sam będzie za darmo pilnował roboty, bo taki uczynił ślub Matce Boskiej. Zadecydowano też, że fundamenty będą na arkadach. Trzeba było teraz pomyśleć o materiale. Stróż ruin pompejańskich miał u siebie na składzie zapas kamieni wulkanicznych, ofiarował z nich 12 metrów kubicznych; czekano tylko fur, aby je przewieść. Wtem, kiedy zebrali się ludzie w kościółku w niedzielę dnia 14 maja 1876, a był i Bartolo z żoną i jej rodziną i dwóch kapłanów, jego przyjaciół, proboszcz zaproponował, aby wszyscy, na znak poddaństwa Panu Nieba i ziemi, po nabożeństwie przenieśli te kamienie na miejsce budowy. I poszli wszyscy z proboszczem na czele, każdy wziął na barki swe ciężki kamień i drogą, zwaną Via Sacra, dźwigali pół godziny drogi, oblani potem, pod piekącym słońcem, przystając od czasu do czasu, aby odetchnąć.

Przystąpiono wreszcie do roboty. Jeden ksiądz poradził wziąć robotnika z Boscotracasa, jako tańszego i wzięto ich stamtąd. Ale okazało się, że nie znali właściwości gruntu pompejańskiego i nie dosyć głęboko założyli fundamenty. Było rzeczą jasną, że się bez porady jakiegoś architekta nie obejdzie. Uproszono więc jednego młodego, który podjął się za darmo obejrzeć robotę. Zganił ją też zaraz: fundamenty na arkadach nie wytrzymają — powiadał— trzeba je nadto kopać głębiej, a jeśli się nie założą od razu wszystkie, to potem kościół rysować się będzie. Co tu było robić? Bartolo Longo udał się więc do biskupa po poradę. „Zawieście robotę — rzekł biskup — aż wam przyślę mojego majstra Salvatore. On zadecyduje, a i ja sam pójdę zobaczyć”. Salvatore był to prosty murarz, starzec już, którego biskup bardzo cenił i do robót wszelakich używał. Bartolo Longo podaje rozmowę swoją z owym Salvatorem na dowód, jak powiadają, że kościół dotychczas jeszcze nie wyszedłby z fundamentów, gdyby był dziełem ludzkim.

— Cóż powiecie, majstrze, fundamenty te czy dobrze są założone?

— Pewnie, że dobrze.

— Ale młody architekt powiedział, że są na nic, że trzeba je przerobić.

— Tak, tak, są na nic rzeczywiście.

— Ale czy sądzicie, że jeśli się pogłębią filary, a zwężą arkady, możemy być pewni swego?

— O, tak, wtedy można być już pewnym.

— Ale ks. biskup powiada, że gdy Wezuwiusz potrzęsie, to budynek na takich fundamentach oparty, padnie.

— Pewnie, że padnie.

— Więc może lepiej zakładać fundamenty nie na filarach, a wtedy nie będzie już obawy o trzęsienie ziemi?

— Tak, wtedy nie będzie już obawy.

— Ale nie wiemy, jakiej długości i szerokości zakładać fundamenty, bo ks. biskup powiadał, aby częściami je zakładać, w miarę przybywania funduszy. Wy co na to powiadacie?

— Tak byłoby rzeczywiście dobrze.

Bartolo Longo był w rozpaczy, ledwo mógł po wstrzymać swoją niecierpliwość i pobiegł do Neapolu. Zaraz udał się do jednego ze swoich przyjaciół. U niego zastał starszą już i poważną osobę, sobie wcale nieznaną. Nie zważając na to, opowiada o swoich kłopotach.

— A kto jest architektem? — zapytał nieznajomy.

— Nie mamy architekta.

— Jak to? budujecie kościół, i nie macie architekta? Czy macie aby plan?

Bartolo Longo miał go przy sobie, pokazał go. Nieznajomy, popatrzywszy na plan, uśmiechnął się.

— A dlaczegóż nie chcecie wziąć architekta? — zapytał.

— Bo by nam to pochłonęło połowę z tego, co z takim trudem zbieramy na budowę.

— To przesada. Zresztą moglibyście znaleźć architekta, który by wam darmo pomógł.

— O, co to to nie, nigdy w świecie. Dosyć się nasłuchałem kłopotów, jakie mieli ci, co przyjmowali usługi architektów bezpłatnych. Pretensji i procesom nie było końca.

— Nie wszyscy są takimi — odrzekł nieznajomy. — Ponieważ budujecie kościół dla biednych chłopów i za zbierane jałmużny, nie tylko wam zrobię plan za darmo, ale dopilnuję budowy, a nawet koszty podróży biorę na siebie.

Bartolo Longo nie wiedział, co ma uczynić, nieufny do architektów, pytał oczyma swego przyjaciela, ale ten uśmiechnął się i rzekł mu: — Bartolo, ten pan to Antonio Cua, architekt i profesor uniwersytetu, a najlepszy człowiek w świecie.

Opatrzność Boża wyrwała z kłopotów i odtąd budowa postępowała rączo, a prowadzona była ze znajomością sztuki.

Bartolo Longo, przez którego ręce przeszło 20 milionów i który potrafił je dobrze i umiejętnie użyć, a wielkich dzieł dokonał, pozostał takim prostym, takim skromnym, jakim był dawniej, a choć się postarzał, tak samo zawsze był czynnym, tak samo pełnym zapału: a tylko szczęśliwy i wesoły, jakim dawniej nie był, bo pewny, że jak dotrzymał swego słowa i zaprowadził nabożeństwo Różańca świętego w dolinie Pompejańskiej, i to ponad wszelkie możliwe oczekiwania, tak i Matka najświętsza swoją obietnicę spełni i zapewni mu zbawienie. A ta błoga pewność nie dawała mu spocząć, ale do coraz nowych dzieł pobudzała.

Powiedzieliśmy już, że w Nowych Pompejach nowoczesność służyć musiała religii. Bartolo Longo robił wiele reklamą; reklamą uczciwą, opartą na prawdzie. „Napoleon III. śmiał twierdzić, powiadał, że mając 60.000 Francuzów, zdobędzie każdą fortecę; ja, mając 60.000 egzemplarzy mojej odezwy, zbuduję świątynię w Pompejach”. I zbudował, Ale na tym nie po przestał. Koło świątyni umieścił sieroty i żywił z 200 osób, sam nic nie mając.

A że druk musiał mu we wszystkim służyć, więc wydawać zaczął czasopismo pod tytułem „Różaniec i Nowe Pompeje” , które rozchodziło się w przeszło 200.000 egzemplarzach, a rozsyłało się za darmo. W tym czasopiśmie r. 1891. w parę dni po poświęceniu nowego kościoła, Bartolo Longo ogłosił odezwę, w której stawiał to pytanie: „Jaka klasa ludzi najbardziej jest opuszczoną?” i odpowiadał; „Synowie przestępców kryminalnych. — Nie są to sieroty, więc nie mogą korzystać z zakładów dla sierot; a są gorzej niż sieroty, bo znienawidzeni dla przestępstw rodziców, niosą na sobie, bez żadnej własnej winy, piętno niesławy, a mając wciąż przed oczyma zbrodnię ojca, powoli idą tą samą drogą. Ach gdybym mógł tu, pod cieniem tej świątyni, pod macierzystym płaszczem Maryi, postawić zakład wychowawczy dla synów więźniów? Taki zakład ratowałby nie tylko te dzieci opuszczone, ale umoralniłby jeszcze same więzienia. Kiedy przestępca skazanym zostaje na lat 15. 20., a tym bardziej, jeśli na całe życie, pierwsze uczucie, jakie się w nim budzi, jest uczucie okropnej rozpaczy. Taki przeklina Boga, przeklina społeczeństwo, przeklina siebie samego. Najznakomitsi badacze stosunków więziennych opowiadali mi, że akcja społeczna żadnego przystępu nie ma do serca więźnia, skoro je opanowała rozpacz.

Otóż, jeśli w takim stanie będąc biedny więzień zasłyszy o swych dzieciach, że one nie są w zupełnym opuszczeniu, jak to bywa dotychczas, że nie są znienawidzone, że są ludzie, co się nimi zajęli, że ta Panienka z Pompei, jako najczulsza Matka, zbiera je pod swój płaszcz macierzyński, ach wtedy myślę, że do tego serca wejdzie promyk światła. Odtąd biedny więzień, wspominając o swoich dzieciach, wspomni i o Maryi; zacznie się modlić”. I już pewny, że dzieło to stanie, zaczął wydawać nowe czasopismo „Valle di Pompei”, a poświęcone jedynie kwestii wychowania synów więźniów. I znowu ze sto tysięcy egzemplarzy szło na wszystkie strony, rozsyłane darmo. I stanęło dzieło jedyne na świecie: Zakład wychowawczy dla dzieci skazańców. Ale, że przez ten zakład chciał działać umoralniająco na więźniów samych, wszedł zatem przez chłopców w relacje z rodzicami. Przeszło ze 100 więźniami we Włoszech prowadził korespondencję, a owocami tej swojej pracy dzielił się z publicznością; stąd ciągłe budził zajęcie się społeczeństwa losem nieszczęśliwych i gorących znajdował współpracowników.

Czasopismo „Valle di Pompei” stało się z czasem bardzo zajmujące. W nim opisywał każdego chłopca, dawał jego fotografię, w pierwszych chwilach pobytu jego w zakładzie, i po jakimś czasie. Widzi się na twarzach, jakie przechodziły przeobrażenia. Na faktach życia codziennego pokazał, jak rzeczywiście taki syn zbrodniarza przechodzi z dziedzicznymi skłonnościami do zbrodni i jak wychowanie religijne te skłonności pokonywało.

Podnosi te spostrzeżenia swoje, jako argument przeciwko szkole materialistycznej. Dzieło to jego więc, prócz cechy dobroczynnej, miało jeszcze znaczenie apologetyczne.

Aby dać wyobrażenie, jak Bartolo Longo sobie radził, przedstawię tu w skrócie, w porządku chronologicznym, postęp tego dzieła.

W roku 1892 przybył mu pierwszy syn więźnia. Przyjął go i postanowił zaraz wybudować gmach, i jeszcze tego samego roku, dnia 29 maja, było uroczyste poświęcenie pierwszego kamienia pod przyszły zakład, przy udziale mnóstwa osób, przybyłych z Neapolu. Ceremonii dokonał biskup z Nola. Przemawiało dwóch adwokatów; zabierał głos i Bartolo Longo. „Mam już jednego syna skazańca — powiadał — którego uściskałem tu, na miejscu. Obiecuję za lat pięć przedstawić wam stu innych, już w nowym budynku. To nie sen, to nie złudzenie. Widzicie ten długi szereg dziewcząt ubranych w bieli. Przed pięciu laty nie było ani jednej sieroty; dziś jest ich sto. Na placu Nowych Pompei położono pierwszy materialny kamień gmachu, w którym mają się wychowywać synowie skazańców. Wy, w tej sali kładziecie pierwszy kamień moralny tego gmachu. Dziś wyciągając ręce ku temu nowemu dziełu, przykładacie rękę do innego jeszcze dzieła, do umoralnienia więzień. Kiedy biedny skazaniec posłyszy, żeście tu przybyli święcić założenie dzieła, które ma ratować jego syna, rzuci się na kolana, łza pokryje jego oschłe powieki, a podnosząc ku niebu zbiedzone lica, wyjęknie słowo, nie przekleństwa, ale błogosławieństwa na głowy wasze i dzieci waszych. — Nie będzie już złorzeczył społeczeństwu”.

Takie słowa poruszały i miały swój skutek. Swoje czasopismo zaczął rozsyłać po więzieniach. — Zaraz, w przeciągu czterech miesięcy, otrzymał 335 listów od więźniów. Prosili oni, by się sieroty za nich modliły, prosili o koronki. Niektórzy opisywali, jak wielką pociechę odnoszą z odmawiania Różańca, dziękowali za przesłane książki; a wszyscy wdzięczni, że ktoś im serce okazał. Byli i tacy, co skruszeni, uznawali tę karę, jaką cierpieli, za błogosławieństwo Boże dla duszy, bo przez nią mogli odpłacić za swą zbrodnię. Dawniej — pisał mu jeden — dzień każdy wydawał mi się rokiem całym i wciąż byłem niecierpliwy; dziś jestem tak spokojny i zadowolony, że zapominam niemal, gdzie jestem. Obiecuję, gdy wyjdę z więzienia, prowadzić życie uczciwe. I ja byłem, dzieckiem będąc, opuszczony zupełnie… I może… Ach, jak mi żal tych biednych dzieci co maja ojca w więzieniu! Ale o ile są dzisiaj szczęśliwsze ode mnie, że znajdują opiekę“.

„Kiedy ja byłem dzieckiem, nie znalazła się jedna dusza chrześcijańska, co by się zlitowała nade mną, co by mię była sprowadziła ze złej drogi na drogę uczciwości!“ Tak pisał syn więźnia, sam więzień teraz. Te listy dodawały odwagi. Ale były i inne, które rozdzierały duszę Bartola Longa. Otrzymał list jeden, na którym odczytał wydrukowany przepis więzienny, że skazanym na ciężkie roboty raz tylko co trzy miesiące wolno pisywać do krewnych. Ten więc, co pisał do mnie — powiada — pozbawiał wiadomości o sobie swoją rodzinę, starą matkę, może żonę i dzieci swoje, i będą musieli czekać całe sześć miesięcy, aby się dowiedzieć, czy syn, mąż lub ojciec żyje jeszcze! A jednak ten człowiek pisał do mnie! I cóż takiego pisał. Kiedy drżący ze wzruszenia przebiegałem te stronnice, miałem to uczucie, tę pewność, że każde słowo w nich było oblane łzami“.

Skazaniec, który do mnie pisał, polecał mi swoich synów. „Valle di Pompei“ rozniosło wiadomość między więźniami o zakładzie moim. Polecał mi więc swoich synów, ale z takim jękiem, z takim bólem, słowami, które by mogły wychodzić chyba z ust konającego. A choć to nie pisał umierający, pisał ten, kto się uważał już za nieżyjącego, oddzielonego na zawsze od wszystkiego i od wszystkich. Były to słowa skazanego na całe życie. Inny znowu pisał: „Jestem skazany na zawsze, nie zobaczę już nigdy światła ani wolności; ale mam sześciu synów. Jeśli ich nie uratujesz, pajdą oni wszyscy za mną do więzienia”.

Ale jak przyjmować więcej chłopców kiedy budowa się zaczęła i wszystko, co się miało, dawało się na budowę? Bartolo Longo nie miał serca odmawiać przyjęcia tym nieszczęśliwym i zrobił ofiarę z nadziei oglądania wspaniałego, odpowiednio do potrzeb urządzonego gmachu. Wstrzymał roboty, a kupił dom, który tymczasowo urządził, jak mógł, na zakład wychowawczy.

W następnym roku, 29 maja, zebrało się znowu w Dolinie Pompejańskiej mnóstwo osób zaproszonych. Byli tam z różnych miast włoskich przedstawiciele uniwersytetów, sądownictwa, prasy. — Przemawiali adwokat Porlati z Neapolu, adw. Casoli z Modeny, profesor uniwersytetu Tonioli z Pizy. Zabierał też głos, jak zwykle, Bartolo Longo.

Rozsyłane wszędzie jego czasopisma i odezwy wywołały ogromne zajęcie, ale też i protesty. Zwrócili się przeciwko niemu ludzie bez wiary. W przemowie swojej dawał im teraz odprawę. Powiadali mu: Niczego nie wykażesz, bo kto się rodzi zbrodniarzem, musi umrzeć zbrodniarzem. Takie jest prawo natury. „A więc — pyta Bartolo Longo — co mamy robić? Nie trzeba się zajmować tymi nieszczęśliwymi, odpowiadacie mi, trzeba zostawić ich losowi. A czy wasi lekarze, choć wyznają wasze zasady, opuszczają dzieci chore od urodzenia na suchoty?”

Jak na niepewnych podstawach opiera się nauka niedowiarków, cytował fakt jeden, który obudził wielką wesołość w słuchaczach. „Przychodzili nieraz do zakładu profesorowie, lekarze chorób umysłowych. Zdarzyło się, że sławny jeden doktor, frenolog, mając sobie przedstawionych synów skazańców, uczepił się szczególnie jednego: „Ten chłopiec ma wszystkie cechy zwyrodnienia — rzekł do obecnych. Patrzcie na jego zęby, uszy, głowę, czoło… wszystko to każe wnioskować, że jest dziedzicznym zbrodniarzem”. Wziąłem go za ramię i odprowadziłem nieco na stronę. „Doktorze — powiedziałem mu — zaszła pomyłka. Ten chłopiec nie jest z moich, znalazł się tu przypadkiem. To syn wysokiego urzędnika”…

Powiadali mu pozytywiści: „Przyjmując do swego zakładu tych nieszczęśliwych, kładziesz na nich piętno hańby, bo nie będą mogli już ukryć, że są synami zbrodniarzy, bo już sama nazwa tego zakładu przypominać będzie zawsze ich pochodzenie”. Ale w takim razie potępić trzeba wszelkie zakłady dobroczynne, które wzniesione są dla leczenia różnych ran społecznych. „Jeżeli chodzi o nazwę — powiada Bartolo Longo — to ją można zmienić. Kiedy pytałem przyjaciół, jak nazwać ten zakład, powiadali mi: Daj mu twoje imię, a tak odpowiedzialność na ciebie samego spadnie. Zakład też od początku samego ma nazwę: Zakładu wychowawczego Bartola Longa. Ale pytam, czy te dzieci, nie będąc w zakładzie, ukryją to, że są dziećmi zbrodniarzy? Nigdy w świecie. Pobyt zaś ich w zakładzie może je tylko zrehabilitować, jeśli potrafimy je tu przerobić na uczciwych ludzi.

Powiadają nam, nareszcie, że jeśli te dzieci, z urodzenia zbrodniarze, zbierze się razem, stworzy się legowisko dzikich zwierząt. W tym legowisku każdy będzie objawiał na zewnątrz swoją złość wrodzoną j przywłaszczać sobie będzie złość innych, patrząc na nią. Zakład zatem taki jest rzeczą niemoralną, antyspołeczną. A wniosek stąd jaki? Zostawić ich własnemu losowi, to jest, pozwolić im umierać w nędzy i spodleniu. — Oto ostatnie słowo tej nauki bez miłości!

„Powiadają, że stwarzamy legowisko dzikich zwierząt! Otóż społeczeństwo ma prawo pozbywać się dzikich zwierząt, co napastują drogi i domy. Albo nieudolne do obrony kraju. Niech na nie polują, jeśli ich nie chcą, by nie stwarzać legowisk dzikich zwierząt, więc niech je zabijają. Ale niech zabijają oni, jeśli mają na to serce: nie my. Niech je mordują, jak mordowano w Sparcie dzieci chore i ułomne, bo nieudolne do obrony kraju. Niech na nie polują jak się poluje na tygrysy i jak niegdyś polowano tu w tej dolinie, na wilki. Za każdego wilka upolowanego dawana 25 lir nagrody. Niech naznaczą i oni cenę na głowę każdego nieszczęśliwego dziecka zbrodniarza. Ale jako żyw jest Bóg, we Włoszech, które dały światu tych, co odkrywali ziemie nowe i nowe nieba, Krzysztofa Kolumba i Galileusza, nie zabija się żadne dziecko! Jeśli nie chcą zabijać, niech mi pozwolą wsadzić je do klatki. Ale miłość dokonuje cudu przemienienia. Dzisiaj przedstawię wam piętnaście tych mniemanych dzikich zwierząt, a zobaczycie przed sobą nie dzikie zwierzęta, ale piętnastu miłych chłopaków. Przedstawię je wam, bo te biedne dzieci potrzebują tego, abyście okazali im współczucie, abyście je widzieli. One chcą widzieć swych dobroczyńców, oczekiwały dnia dzisiejszego — to ich święto. Nie przedstawić ich wam dzisiaj, byłoby dla nich ubliżeniem, pokazałoby, że się o nie nie dba. Przyjmijcie je miłośnie. Niech widzą teraz, w zaraniu swego życia, że społeczeństwo je kocha, a nie nienawidzi”.

Kiedy po tej przemowie przyprowadził 15 chłopców przed zgromadzenie, wzruszenie ogarnęło wszystkich. Ustawili się rzędem, a gdy nastała cisza, trzech z najmniejszych wystąpiło i wyrecytowało małe wierszyki. Ci, którzy widzieli już te same dzieci, kiedy tylko co były przybyły do zakładu, brudne, w łachmanach, pełne robactwa, wynędzniałe, o dzikim wejrzeniu, a dziś patrzyli na ich wesołe, otwarte, skromne, ale śmiałe twarzyczki, nie mogli się od łez powstrzymać. A kiedy wszystkie te dzieci zaczęły pomiędzy obecnych rozdawać drukowane, tylko co wyrecytowane wierszyki, rozrywano między siebie tych synów zbrodniarzy, pieszczono, całowano. „Patrząc na to — powiadał Bartolo Longo — zdawało mi się, że w tej chwili obie części ludzkości, ta, która używa i ta, która cierpi, dawały sobie uścisk pojednania i miłości przed ołtarzem Najświętszej Panny Pompejańskiej”.

Naprawa przez zakład Bartola Longa już się rozpoczęła.

W roku następnym (1894), przy końcu maja, odbyła się znów uroczystość w Dolinie Pompejańskiej, były znowu przemowy, a w końcu, jak zwykle, przemówił Bartolo Longo. Ubiegłoroczne jego występy przeciwko pozytywistom wywołały z ich strony odpowiedzi, jednak sam profesor Lombroso zmienił swe zdanie. Dotychczas stał uparcie przy tym, że zbrodniarze od urodzenia nie dadzą się nigdy wychowaniem przerobić, teraz już przypuszczał, że niektóre z tych dzieci można poprawić.

Zarzucano więc, że Bartolo Longo, nie znając i nie przyjmując zasad filozofów bez religii, nie będzie mógł nigdy ze skutkiem pracować nad wychowaniem dzieci przestępców. — „Ja nie idę za szkołą Salpetiere — odpowiadał im on — ani za szkolą w Nancy, ani za Lombrosem, ani za Ferrim; mój mistrz to Chrystus. Nie pogardzam nauką, bo nauka prawdziwa nie jest w przeciwieństwie do miłości. Bóg jest miłością i twórcą nauki. Jakżeż zatem mogą miłość i nauka stać z sobą w przeciwieństwie, skoro z jednego źródła wychodzą?”

„Nie jestem więc przeciwnikiem nauki: ale tam, gdzie nauka sprzeciwia się miłości, tam ja zostawiam naukę, a idę za miłością. Kiedy więc nauka nowoczesna rozprawia o tym, czy synowie zbrodniarzy mogą być wychowywani, czy nie — ja ich wychowuję.

Gdy zastanawia się nad tym, jakie zasady wprowadzić w wychowanie zbrodniarzy dziedzicznych, ja ich przerabiam, wdrażając do pracy i do modlitwy. To mój sekret wychowawczy: praca i modlitwa.

Zarzucają mi, że niczego nie osiągnę, bo w wychowaniu trzymam się zasad Ewangelii, już przestarzałych, a nie zasad nowożytnej nauki; odpowiadam na to, przedstawiając Wam tu pierwsze owoce, rezultaty już otrzymane”.

I tu rozpoczynał wykład swego rodzaju. Opisywał poszczególnie każdego chłopca, jakim był, jakim dziś jest. Wykazywał, na jakiego zbrodniarza nauka go skazywała, przez wzgląd na jego czaszkę, twarz, głowę i na jego pochodzenie. Opowiadał to wszystko, co sam spostrzegł w zachowaniu się chłopca, a potem mówił o przemianie, jaka w nim zaszła— a zaszła w wielu, jeśli żadnej przemiany na lepsze nie było, z całą szczerością i w całej prawdzie wyznawał, że dotychczas nic się nie otrzymało.

Oto np. przedstawiał ośmioletniego chłopca: Mario Moscini. Był już rok w zakładzie. Miał wszelkie dane na zbrodniarza. Dziwne zjawisko: kot domowy jemu tylko dawał się głaskać i on tylko kota lubił: chciał być też fotografowanym z kotem. Złośliwy j chytry był jak kot. Uśmiechał się zawsze ironicznie. Bardzo był zdolny, a w kłamstwie mistrzem. Na poczekaniu stwarzał całe historie, aby się usprawiedliwić; a robił to z taką obojętnością i z takimi szczegółami, że wyprowadzał w pole samych przełożonych. Jedyny to chłopak spośród 40, który nienawidził swego ojca. Miał to nieszczęście, że widział, jak ojciec zabijał jego matkę! Nigdy nie przebaczał, a zemsta była mu rozkoszą. Mścił się zawsze, z wyrachowaniem, na zimno, a lubił już naprzód dać poznać przeciwnikowi, że się zemści. Był prawie nieczuły na własne cierpienia, co psychiatrzy nazywają analgezją, a która ma być znakiem, że ktoś z urodzenia ma nieczułość moralną, to jest, że dla niego nie ma różnicy między dobrem a złem. Z całego opisu, który dał Bartolo Longo, a który tu skróciliśmy, widać, z jaką miłością i z jakim niepokojem obserwował tego chłopca. Z najdrobniejszymi szczegółami opowiadał fakty, jednakawoż fakty te zdawały się usprawiedliwiać całkowicie sądy pozytywistów. Czy jest jakaś nadzieja poprawy? — pytał — i odpowiadał; jeszcze nie wiadomo, gdyż oto wczoraj jeszcze zaszedł wypadek, który zdaje się lepiej o nim rokować. Już było pod wieczór, a chłopcy jeszcze pracowali na gwałt w drukarni, aby dokończyć składania książeczek, które dziś wam będą rozdawane na pamiątkę. Dyrektor zwolnił ich od roboty, bo byli bardzo pomęczeni i zaczęli się bawić. Pozostał najmniejszy z nich, Tedeschi, bo układał arkusze. Po pewnym czasie zawołał dyrektor: „Kto chce zastąpić Tedeschiego, by i on trochę odetchnął?” Nikt się nie odezwał. „Nikt więc z was nie ma litości nad biednym waszym towarzyszem?” — „Pójdę ja go zastąpić” — zawołał… kto? — Mario Moscini. Jest to pierwszy czyn jego szlachetny. To mi daje nadzieję. Zresztą nie mogłem jeszcze doświadczyć środka ostatecznego najpotężniejszego, nieznanego materialistom i racjonalistom. Mario Moscini nie przystąpił jeszcze do pierwszej Komunii.

Okazało się, że ten środek nie zawiódł. Oto znajdujemy w przemowie Bartola Longa roku następnego opowiedziane przemienienie zupełne Maria Moscini po Komunii świętej! Opisuje walki, jakie staczał ze sobą Moscini, a kiedy mu już bardzo ciężko było, kiedy widział, że tym razem nie utrzyma swego strasznego charakteru na wodzy, jak prosił o spowiednika, z rana przyjmował Komunię św., i jak znowu wracał do równowagi. Ten chłopak, który dotychczas był tyranem swoich towarzyszy, dziś ich bierze w obronę, prosi za nimi przełożonych. Ciężko raz pokrzywdzony przez kolegę, nie tylko mu przebacza, ale wstawia się za nim, by mu darowano. Musiano darować na jego prośbę. . .

Jedna rzecz trapiła Bartola Longa. Moscini, jak widzieliśmy, nienawidził swego ojca. Po Pierwszej Komunii św. ustąpiła wprawdzie nienawiść, ale został pewien wstręt. Kiedy mu się mówiło o ojcu, spuszczał oczy i milczał. Zbliżało się święto Matki Pompejańskiej. Moscini wraz z innymi przygotowywał się do przyjęcia Komunii św. „Pomódl się za twego ojca, powiedział mu Bartolo Longo, owszem, napisz do ojca, że w dniu Komunii św. będziesz się modlił za niego“. Moscini posłuchał. Niedługo po tym przyszedł list od ojca, uszczęśliwionego, ze syn o nim nie zapomniał. Ach! czuł zapewne, ze syn jego mógł mieć tylko pogardę i nienawiść do niego i to go bez wątpienia najbardziej gryzło w więzieniu. Bartolo Longo przeczytał chłopcu list ojca. Chłopak słuchał zrazu w milczeniu, ale po chwili zaczął blednąć, a w końcu łzy mu się puściły z oczu. „Ojcze mój! ach ojcze mój!“ wyjęknął. Miłość synowska obudziła się w Moscinim. Bartolo Longo ukląkł wraz z nim razem i obaj modlili się za nieszczęśliwego Ojca. Przeglądałem sprawozdania z lat następnych: Mario Moscini zawsze odtąd pierwszym był uczniem i najlepiej się sprawował.

Przemowa z roku 1894 miała zakończenie dramatyczne. Bartolo Longo mówił na końcu o testamencie zbrodniarza. W więzieniach florenckich siedział zbrodniarz skazany na zawsze. Zabił kilkoro ludzi, a w końcu własną żonę. Zostawił czworo dzieci, a myśl o nich przejmuje go rozpaczą. Śmierć się zbliża, a on bluźni i narzeka. Ale ma dwóch synów w Valle di Pompei i jeden z nich Maksymilian, wraz z siedmioma swymi towarzyszami ubiegłego roku przystąpił do pierwszej Komunii św.

Bartolo Longo, kiedy pobożnie klęczeli po przyjęciu Komunii św., zbliżył się do nich i rzekł: „Dzieci, pomódlmy się razem tak: O dobry Jezu, który z miłości dla nas chciałeś być uwięzionym, bitym, wyśmianym, a potem przelałeś krew swoją na krzyżu, ach! przez tę miłość Twoją, która kazała Ci się stać więźniem naszym w Eucharystii, a w tej chwili i w sercach naszych, wysłuchaj nasze modły, jakie Ci zanosimy za rodziców naszych: w więzieniach pociesz ich w tym dniu tak uroczystym twojej i naszej Matki, Maryi. Jakoś nas nawiedził dzisiaj, nawiedź i rodziców naszych w więzieniach. Daj im poznać twoją miłość, która ich uczyni dobrymi, cierpliwymi, zdanymi na wolę Bożą; daj im żal za grzechy”.

Po nabożeństwie powiedział chłopcom Bartolo Longo: „Piszcie do waszych rodziców, pocieszcie ich“. Maksymilian napisał do ojca swego. Posłano list na ręce kapelana więziennego. Skazaniec, usłyszawszy, że jest list do niego, „Któż to pisze do mnie?“ zawołał zdziwiony. „Któż to pamięta jeszcze o mnie?“ „To twój syn, Maksymilian, pisze z Valle di Pompei”. Zadrżał starzec, a w miarę, jak słuchał czytania, bladł ze wzruszenia, a kiedy usłyszał, że syn jego, którego opłakiwał był jako opuszczonego, zgłodniałego, odpychanego przez wszystkich, skazanego na włóczęgę, a w końcu na więźnia, jak ojciec — znajduje się w miejscu bezpiecznym, że jest szczęśliwy i nie zapomniał o ojcu zbrodniarzu, ale się modli za ojca — wtedy ten człowiek, co niejeden ciężki cios przetrzymał, nie wytrzymał nadmiaru szczęścia. Padł na ziemię zemdlały: a kiedy przyszedł do siebie, był to już inny człowiek. Już nie rozpaczał. — Niedługo potem skazaniec ów napisał list do swych synów, list pierwszy i ostatni, jakoby swój testament. — „Starajcie się przede wszystkim — powiada w nim — być dobrymi chrześcijanami, a wtedy będziecie j dobrymi obywatelami i unikniecie tego nieszczęścia, które mnie spotkało. Nie miejcie nigdy nienawiści do nikogo, a wszystkim czyńcie dobrze. — Miejcie zawsze wielkie nabożeństwo do Najświętszej Panny. Módlcie się za mną, by mi P. Bóg był miłosiernym”.

„Ach, panowie — zawołał Bartolo Longo — ten skazaniec, który byłby umarł w niepokucie, wzywa miłosierdzia Bożego nad sobą — a to wskutek modlitw swych synów. A kiedy w dwa miesiące później umierał w więziennej celi, a kapłan odmawiał za nim modlitwy za konających, zebrał jeszcze ostatek sił, ręką konwulsyjnie porwał coś z szyi i podniósł do oczu. Był to szkaplerz Najświętszej Panny Pompejańskiej, który mu syn jego przysłał. Umierający wpatrywał się weń, a z ust jego wyszło słowo nie bluźnierstwa i przekleństwa, ale słowo błogosławieństwa dla syna, który stał się dobroczyńcą jego duszy, dla dobrodziejów jego synów — a ostatnie jego słowo było imię Maryi! Niedługo, panowie, pójdziecie zwiedzać zakład, który przygarnia synów zbrodniarzy. Całujcie te mury nie tylko dlatego, że w nich znajdują przytułek dzieci opuszczone, które wy wychowujecie, ale i dlatego, że w nich się mieszczą przyszli apostołowie więzień”.

I na takich ich Bartolo Longo wychowywał. Obiecał za lat 5 przedstawić stu synów skazańców. Obietnicy dotrzymał. Roku 1897 było ich w zakładzie rzeczywiście stu. W lat dziesięć, tj. 1902, było ich 132. w 1904 — 140. Wielu wyszło już wychowanych z zakładu. Jeden pracuje uczciwie w jednej drukarni w Rzymie, drugi jako introligator w Nowym Jorku. Trzeci wrócił w swoje strony jako szewc. Dwóch innych przyjął biskup z Catanzaro do swego seminarium, bo mieli powołanie na kapłanów. Ale, co więcej, wielu chłopców z zakładu adoptowały różne rodziny za własnych synów.

To dowodzi, jak wielkie przeobrażenie pojęć dokonało się w społeczeństwie pod wpływem zakładu Bartola Longa, jak wielkich cudów dokonała i nie przestaje dokonywać N. Panna Pompejańska.

Źródło: Smolikowski P. (1914). Najświętsza Panna Pompejańska. Drukarnia Prawda, Kraków. Niektóre słowa uwspółcześniono.

Obraz: ilustracja z książki.




Cień Ojca Niebieskiego

Zubożałe szlachectwo było jedyną spuścizną, jaką św. Józef mógł przekazać Zbawicielowi.

Ale przed Bogiem nie uszlachetnia ani krew królewska, ani też samo ubóstwo. Przed Bogiem jedynie cnota ma znaczenie. A Józef św. był właśnie mężem cnoty, i to wielkiej cnoty i nadzwyczajnej świętości. Można to już wywnioskować z tego, że go Bóg wybrał na opiekuna jednorodzonego swego Syna.

Zamiary i dzieła Boże znamionuje zawsze wielka mądrość i celowość. Im bardziej Pan Bóg zbliża kogoś do siebie, tym więcej mu udziela ze swojej świętości. Józef był głową świętej Rodziny, był wobec prawa ojcem Zbawiciela i oblubieńcem Matki Bożej, a to z konieczności prowadziło do codziennego, poufałego obcowania z nimi. Słusznie więc można sądzić, że dusza św. Józefa była prawdziwym skarbem łask Bożych. Tak jak jego urząd był ponad wszystkie inne, tak i w świętości, z wyjątkiem Matki Boskiej, nikt mu nie dorównał. Cnotą swoją przewyższał Świętych Starego Zakonu. On to jest ostatnim przedstawicielem Starego Przymierza, a przy tym zbliżony bezpośrednio do osoby Zbawiciela.

W nim więc powinna była dojść do szczytu świętość przodków, która według myśli Bożej miała się przyczynić do ziszczenia się tajemnicy Wcielenia.

Był więc Józef św. mężem wiary i posłuszeństwa, jak Abraham, mężem cierpliwości jak Jakub, mężem czystości jak Józef egipski, mężem według serca Bożego jak Dawid, mężem mądrości jak Salomon.

I co do Nowego Testamentu można podobnie wnioskować, bo i tutaj stanowisko jego jest zupełnie wyjątkowe. Zaraz za pierwszym razem, gdy Ewangelia o nim wspomina, zwie go „sprawiedliwym” (Mat. 1, 19), co według wykładu Ojców i pisarzy kościelnych oznacza męża świętego, doskonałego, bo wyraz „sprawiedliwość” to to samo, co świętość i doskonałość.

Jednej tylko Maryi nie dorównywał w cnocie i świętości. Ale blask tej świętości, odpowiednio do opatrznościowego stanowiska, na którym go Bóg postawił, osłonięty był cieniem, który nie ukazywał całej wspanialej wielkości jego cnoty.

Skarb ten był taką „ozdobą pustyni” (Ps. 64, 13). Upodobać sobie w nim mogło tylko serce Boże, a tu na ziemi oko wszystkowiedzącego Syna.

Takim był Józef św. Mąż szlachetny wysokością rodu i dostojeństwem królewskiego pochodzenia; mąż to chwalebny mimo swego ubóstwa i poniżenia, bo było to ubóstwo dla imienia Chrystusowego; mąż godzien wszelkiej czci dla swej niezgłębionej cnoty i świętości; mąż wreszcie, jakiego potrzebował Chrystus Pan dla swych myśli i zamiarów, zmierzających do odnowienia i odkupienia świata.

Nie zbłądzimy pewnie przypuszczając, że Józef św., ów „mąż prawicy Bożej” (Ps. 79, 18), nie troskał się zbytnio o to, co mu przyszłość przyniesie. Na pierwszym miejscu szukał zachowania Zakonu Bożego i spełnienia obowiązków swoich i z ufnością oczekiwał wskazówek Opatrzności (Ps. 118, 166), a to było najlepszym przygotowaniem się do urzędu prawdziwie Boskiego.

Opatrzność nie omieszkała w swoim czasie wyrazić swej woli. Św. Józef zaręczył się z Najśw. Panną, Maryja stała się jego oblubienicą. Bliższych wiadomości o tym zdarzeniu nie posiadamy. Pozostało nam tylko kilka słów Pisma św., orzeczenia niektórych Ojców Kościoła, przypuszczenia uczonych teologów i podania, bardzo wprawdzie ładne, ale zupełnie niepewne. Pismo św. wspomina jedynie, że Józef był mężem Maryi, z której się narodził Jezus, którego zowią Chrystusem (Mat. 1, 16), że go anioł upomniał, iż ma poślubić Maryję (Mat. 1, 20), wreszcie, że był zaręczonym z Najśw. Maryją Panną jeszcze przed Zwiastowaniem Anielskim (Łuk. 1, 27).

Opierając się na innych źródłach i orzeczeniach możemy z niejaką pewnością stwierdzić co do Maryi trzy rzeczy, a to nam pozwoli poznać bliższe okoliczności, towarzyszące zaślubinom.

Po pierwsze, Maryja pochodziła, tak samo jak Józef , z rodu Dawidowego. Dowodem na to cala Tradycja i Pismo św. (Łuk. 1, 27—32; Rzym. 1, 3; II. Tym. 2, 8). Należała zaś z pewnością do jednej z tych dwóch gałęzi rodowych, które wymienia św. Mateusz i Łukasz, stąd też oba rodowody, mimo że podają tylko pochodzenie św. Józefa, stwierdzają zarazem i pochodzenie Najśw. Panny. Nie znamy tylko bliższego stopnia Jej pokrewieństwa z Józefem.

Po drugie zdaje się być pewnym, że Maryja była ostatnim potomkiem jednej z rodzin Dawidowych. O istnieniu braci Maryi nic nie wiemy; zresztą nie byłby Jej w takim razie święty Józef zabierał do Betlejem, a musiała być zapisaną, jeśli była ostatnią córką rodu. Wreszcie Zbawiciel umierając na krzyżu, oddał Ją w opiekę Janowi św., co jest dowodem, że przynajmniej wtenczas braci nie było.

Po trzecie postanowiła Maryja zachować dożywotnie dziewictwo, a może nawet związała się w tym celu ślubem. Tak tylko rozumieć możemy odpowiedź Maryi, daną aniołowi zwiastującemu Jej, że ma zostać matką Mesjasza (Łuk. 1, 34), a jak wiadomo, była już wówczas Maryja oblubienicą św. Józefa (Łuk. 1, 27). I według proroctwa poczęcie i narodzenie Mesjasza miało być dziewicze (Izaj. 7, 14); inne nie odpowiadało godności Syna Bożego.

Jakże więc w tych warunkach stała się Maryja oblubienicą św. Józefa? Niektórzy przypuszczają, że krewni, a mianowicie kapłani, którzy czuwać mieli nad zachowaniem prawnego porządku i utrzymaniem starych rodów, zobowiązali Maryję, jako ostatnią córkę wygasającej rodziny, by poślubiła kogoś ze swoich krewnych (Num. 36, 8). Maryja widząc w tym wolę Bożą, zgodziła się. Inni upatrują wyższe pobudki, a zdanie ich popiera nawet Kościół, skoro w modlitwie liturgicznej na święto Opieki św. Józefa mówi o cudownych drogach Opatrzności Bożej, objawiających się w tym właśnie zdarzeniu. Według tego mniemania byłyby owe zaślubiny w szczególny sposób dziełem Opatrzności, której mądrość i wszechmoc obmyśliła środek, połączenia węzłem małżeńskim tych dwojga dusz wybranych ku wielkiemu celowi Wcielenia Syna Bożego, mimo że Józef , podobnie jak Maryja, postanowił prowadzić życie dziewicze. Bóg więc w szczególny sposób oświecił ich, dając im poznać obopólne zamiary, mianowicie, że związek ten nie stanie na przeszkodzie wzajemnym ich pragnieniom. Bóg też objawił im, że wolą Jego jest, by te zaślubiny przyszły do skutku, aby za wspólną zgodą święcie mogli dotrzymać obietnicy Mu uczynionej. Były więc owe zaręczyny dziełem szczególnego natchnienia i zrządzenia Bożego. Zdanie to podziela kilku Ojców Kościoła i znakomitych teologów.

Trudno sobie wyobrazić inaczej św. Józefa, jak w towarzystwie Jezusa i Maryi. Gdy o nim myślimy, zawsze go w duchu widzimy wśród Rodziny; to kieruje i opiekuje się nią, to pracuje dla niej, lub wreszcie umiera na jej łonie. Dom Rodziny św. był polem jego pracy, widownią jego życia i śmierci.

W ogóle każdy człowiek pozostaje w towarzyskich stosunkach z resztą społeczeństwa ludzkiego. Jak Bóg każdego człowieka stworzył na podobieństwo swoje, tak też pragnął, aby wspólne pożycie wszystkich ludzi było obrazem wspólnego życia Trójcy Przenajśw. Trójca św. jednością natur a troistością osób, równością potęgi a rozmaitością pochodzeń jest najdoskonalszym i najwznioślejszym obrazem wielorakich spójni towarzyskich, które, ponieważ jedne od drugich pochodzą, dają obraz największej rozmaitości, a mimo to jednolitości wewnętrznej. Tym sposobem tworzy rodzaj ludzki jedną całość z najróżnorodniejszych relacji.

Otóż we wszystkich ludzkich zrzeszeniach św. Józef powinien objąć urząd patrona i niebieskiego ich opiekuna.

Jest też św. Józef najdoskonalszym przykładem dla zakonnika. Wszakże nasz Święty tu na ziemi niczego innego nie szukał, jak tylko doskonałej miłości ku Bogu! Czyż nie żył w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie? Czy nie połączył najlepiej życia kontemplacyjnego z czynnym, życia wewnętrznego z zewnętrznym? Czyż nie stał się najpiękniejszym wzorem różnych sposobów dążenia do doskonałości, jakie uwydatniały się w różnych rodzinach zakonnych? Bo któż tak jak on umiał naśladować wzór najwznioślejszy połączenia obu sposobów życia, Zbawiciela naszego? Dlatego też we wszystkich zakonach, i kontemplacyjnych i czynnych, i mieszanych czczą św. Józefa jako szczególnego patrona, dlatego też nawet misje zagraniczne oddane są pod jego opiekę. Bo czyż nie u Józefa znaleźli Zbawiciela św. Królowie, owi pierwsi poganie garnący się do wiary? On też pierwszy zaniósł Chrystusa Pana w krainę pogan. Toteż św. Józef szczególnym błogosławieństwem otacza rodzinę misjonarzy katolickich.

A zatem, nie ma w Kościele Bożym żadnej większej społeczności, gdzie by św. Józef nie był jakoby domownikiem, gdzie by, jak to mówią, nie należał do rodziny.

Wszystkie rodzaje życia rodzinnego są przebogatym i nadzwyczaj pięknym dziełem Bożym, i dlatego właśnie, że są dziełem Bożym i że mogą tyle chwały przynieść Bogu i tyle błogosławieństwa zlać na ludzi, dlatego tak bardzo upodobał sobie w nich Józef św., tym więcej, że nieprzyjaciele Boga dzisiaj szczególnie zapędy swoje kierują na rodzinę, aby ją zbezcześcić, zburzyć i zniszczyć, i uczynić ją narzędziem przekleństwa i nieszczęścia dla ludzi; prawdziwym piekłem na ziemi.

Prosić więc trzeba św. Józefa, aby wystąpił jako ojciec i opiekun w obronie rodziny, aby powtórnie ocalił Dziecię i Matkę.

Źródło: Meschler M. (2021). Święty Józef. Matris. [fragmenty]




Nowenna przed uroczystością św. Józefa

10-18 marca

Pobierze nowennę jako pdf

Modlitwa do św. Józefa odmawiana w każdym dniu nowenny

Chwalebny św. Józefie, godzien w odznaczający się sposób między wszystkimi Świętymi być szanowanym, kochanym i wzywanym dla doskonałości cnót, wysokości chwały i możności przyczyny Twojej! oto w obecności czci najgodniejszej Trójcy Przenajświętszej, Jezusa, przybranego Syna Twojego, Najświętszej Maryi Panny,  Oblubienicy Twojej, a dla mnie najczulszej Matki, obieram sobie Ciebie za obrońcę u Jezusa i Maryi. Stanowię sobie statecznie nigdy Ciebie nie zapominać, Ciebie czcić po wszystkie dni życia mojego i czynić, co tylko ode mnie zależy dla natchnienia tymże nabożeństwem i innych. Racz, błagam Cię, najukochańszy Ojcze, udzielić mi Twojej szczególnej opieki i zaliczyć mnie do najwierniejszych sług Twoich. Bądź mi wspomożycielem we wszystkich czynach moich, pośrednikiem łaskawym u Jezusa i Maryi i nie opuszczaj mnie w godzinę śmierci. Amen.

Dzień 1.

Św. Józef jest Ojcem, Piastunem Jezusa

Witam Cię Błogosławiony Józefie święty, Ojcze, Piastunie Zbawcy i Boga mego, głowo i naczelniku tej Świętej Rodziny, która stanowi przedmiot najmilszy Ojca Przedwiecznego! Jaka chluba dla Ciebie być Ojcem Tego, który jest Jednorodzonym Synem Boga! Jesteś Jego Ojcem, ponieważ przedstawiałeś na ziemi Ojca Przedwiecznego, który Ci swe wszystkie nad Nim powierzył prawa. Jesteś Ojcem-Dziewicą Syna, który się narodził z Matki-Dziewicy; jesteś Ojcem za sprawą Ducha Świętego, jesteś Ojcem przysposobionym i wybranym dowolnie przez tegoż Syna; jesteś Ojcem skutkiem świętej płodności Dziewictwa Twej Niepokalanej Oblubienicy. O cudowne ojcostwo! ileż i jak wielkie nadało Ci ono prawa do Serca Bożego i do serca ludzi! O najmilszy Święty! z powagą i prawami Ojca, rozciągnij swe Ojcowskie serce nad Jezusem i tymi wszystkimi, których Jezus umiłował tak mocno, iż się dla nich stał Bratem i dał im moc stania się Synami Bożymi. Jako przysposobieni bracia Chrystusa, mamy prawo do czułości, miłości Twego Serca, które ukształtowane wedle Serca Jezusowego, pełne jest dobroci i miłosierdzia dla ludzi, dla biednych grzeszników. O tę łaskawość i miłość ku nam, błagamy Cię przez Najsłodsze Imię Jezus, który dozwolił się nazywać Twym Synem, przez to Imię, które tyle wdzięku, powabu nadziemskiego ma dla Twego Serca. Pod Twą obronę i opiekę przyjmij nas łaskawie, bądź nam ucieczką we wszystkich trudach i potrzebach naszych. Osłonieni Twą strażą i opieką, żyć będziemy świątobliwie, jak to przystoi dzieciom Boga, braciom Chrystusa, synom Maryi. Przez chrzest już otrzymaliśmy ducha przysposobienia na dzieci Boże, Maryi i Twoje, Józefie święty, niechże też za Waszą przyczyną pozyskamy za dziedzictwo obiecane nam wieczne błogosławieństwo.

Modlitwy na każdy dzień nowenny odmawiane po rozważaniu

Pozdrowienie świętego Józefa

Pozdrawiam Cię, św. Józefie, łaski Bożej pełen, Pan z Tobą, błogosławionyś Ty spomiędzy mężów i błogosławiony Najczystszej Oblubienicy Twojej Maryi owoc, Jezus. Święty Józefie, Dzieciny Jezus Piastunie, Najświętszej Maryi Dziewicy Oblubieńcze, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

Pod Twoją obronę uciekamy się święty Józefie, Wcielonego Boga mniemany Ojcze, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelakich złych przygód racz zawsze wybawiać. Ojcze chwalebny i błogosławiony, Opiekunie nasz, Patronie nasz, Pocieszycielu nasz, z Twoim mniemanym najmilszym Synem Jezusem nas pojednaj, Twojemu Synowi nas polecaj, Twojemu najmilszemu Synowi nas oddawaj. V. Módl się za nami święty Józefie. R. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych. V. Niech będzie błogosławione Imię św. Józefa. R. Teraz i na wieki. Amen. 

Litania do św. Józefa

Dzień 2. 

Święty Józef Oblubieniec Maryi

O najchwalebniejszy Oblubieńcze Matki Boga i Zbawcy naszego, niezrównany Józefie święty, pozwól niech dziś zwrócimy krótką uwagę na tę najszczytniejszą godność, która Cię jednocząc w jeden małżeństwa węzeł z Najświętszą z Dziewic i wszystkich Niebian Królową, wyniosła wraz z Maryją nad wszystko, co nie jest Bogiem, nad wszystko, co byśmy pomyśleć mogli. O Niepokalana Dziewico Maryjo, Matko Boga Królowo nieba i ziemi. Życie, słodyczy i nadziejo nasza! Aniołowie, Serafini za szczęśliwych się uważają, że Cię wielbić, Tobie służyć mogą, jako swej Królowej i Władczyni! Być ostatnim ze sług Twoich, jakież to niewypowiedziane szczęście, a cóż dopiero być Twoim Oblubieńcem, a Oblubieńcem godnym Ciebie, jak Józef święty, ponieważ to sam Pan Bóg przysposobił Go i przeznaczył Tobie i połączył Was w jeden nierozerwalny węzeł. Czysty Oblubieńcze Matki zawsze Dziewicy, który skutkiem tej niesłychanej dotąd godności, masz najzupełniejszą, opartą na wszelkim prawie, władzę i nad Matką i nad Jej Synem, w sposób cudowny, prawdziwie Boski, z Niej narodzonym! nasze szczęście i błogosławieństwo w Twoim spoczywa ręku; Twoja to rzecz i o tę Cię szczególniej błagamy, przedstaw nas Maryi, zjednaj nam łaskę, opiekę Twej Najświętszej, zawsze bez zmazy Oblubienicy! Niech Cię inni błagają o łaski, o jakie się im podoba; do mnie, błagam Cię najpokorniej o jedną łaskę, ale błagam całą potęgę mego serca, jaką się zdobyć mogę, niech miłuję całą duszą Maryję, niech Maryja mnie miłuje. Zjednaj Józefie św., niech mam rzewne, stateczne nabożeństwo ku Maryi: nabożeństwo, które tworzy prawdziwych pokutników, miłośników krzyża, świętych, wybranych! Poleć mnie Niekalanemu Sercu Tej Niebiańskiej Oblubienicy Twojej, która Ci nic odmówić nie może. Powiedz, niech przez to uszanowanie, tę miłość najczystszą, jaką ma ku Tobie, raczy mnie przyjąć do liczby swych dziatek, przyjąć pod ą świętą obronę. Błagam Cię o to Józefie św. przez tę miłość, jaka zawsze płonie w Twym sercu ku Maryi, przez to pragnienie Twoje, jakie masz w Twej duszy, aby liczba prawdziwych Waszych czcicieli, miłośników, nieustannie się zwiększała, aby wierni z dniem każdym płomienniej miłowali i wielbili Marię.

Dzień 3. 

Święty Józef wzór wiary

Najbłogosławieńszy spadkobierco, coś odziedziczył wiarę wszystkich Patriarchów, wielki Józefie św., Mężu ze sprawiedliwych najsprawiedliwszy, dozwól niech rozważam, niech Cię wielbię dziś jako źródło, morze, gdzie się jednoczy wszystka wiara w Mesjasza, wszystkie skarby łask starego i nowego przymierza. Jakże podziwienia godna Twa wiara! Kiedy Anioł wyprowadza Cię z najtrudniejszej, jaka kiedy istniała zawisłości, mówiąc: Józefie Synu Dawidów, nie lękaj się przyjąć Maryi Małżonki Twej, albowiem co się z Niej narodziło, z Ducha świętego jest. Uwierzyłeś słowom Anioła, i ta wiara poczytana Ci jest ku sprawiedliwości; złożyłeś cześć i hołdy jako Bogu, jako Zbawcy, Temu, który raczył nazywać się Twym Synem. Tyś unosił Zbawcę do Egiptu, nic nie przytaczając przeciw nakazowi szybkiej ucieczki. Zostawałeś w tej obcej, nieprzyjaznej krainie w zupełnym zapomnieniu i zdaniu się na wolę Bożą, nie wiedząc nic, ani się pytając, kiedy się podoba Bogu stamtąd znowu Cię powołać; zostawałeś tam bez żadnego wglądania się w przyszłość, bez innej pociechy, bez innego wsparcia, prócz wiary, która mimo tych gęstych chmur przeciwności, wskazywała Ci zawsze Boską Opatrzność, skłaniała do uwielbiania niepojętych, niezbadanych wyroków Bożej Mądrości. O wielki, o cudowny Święty wyproś mi i zjednaj tę piękną cnotę, będącą podstawą wszelkiej sprawiedliwości, fundamentem mól wszelkich, bez której niepodobna podobać się Bogu; zjednaj mi tę wiarę żywą, czynną, płonącą ogniem miłości Bożej, która żadnymi pociskami wzruszyć się nie da, jest niezłomna wśród wszelkich doświadczeń. Spraw: niech wzorem Twoim, wiarą i z wiary żyjemy na tej ziemi, abyśmy mogli mieć cząstkę w nagrodzie i błogosławieństwie dla wierzących na Niebiosach przygotowanej.

Dzień 4.

Św. Józef wzór nadziei

O najwierniejszy Józefie św., Mężu wedle Serca Bożego, cóż jest, czego byś się nie mógł spodziewać od Boga, mając władzę ojcowską nad Jednorodzonym, Najmilszym Synem Bożym, Twórcą dóbr wszelkich; który nie tylko wielbiłeś, miłowałeś Maryję, skarbniczkę i szafarkę łask wszelkich Swego Syna, ale jeszcze Maryja Ciebie jako Oblubieńca serdecznie szanowała, miłowała.Wszechświat cały, jakkolwiek obszerny, jak gdyby nie istniał dla Ciebie. Boskie Dziecię, coś piastował na Twym ręku, ten plan dóbr przyszłego wieku, zachwycał Twe Serce, porywał Twe myśli ku pożądaniu dóbr wiecznych. Wiara Twa odsłaniając zasłonę przyszłości, odkrywa przed Tobą przyszłą wielkość i chwałę Tego, który Ci nad życie był milszy i przynosiła Ci pociechę wśród gorzkich boleści, jakimi widok męki i cierpień napełniał Twą duszę. O najmilszy mój Patronie, gdybym miał choć drobną cząstkę tej niezłomnej nadziei, która Cię utrzymała w ciężkich doświadczeniach, czyż bym tak łatwo chwiał się i upadał za zbliżeniem się najmniejszej przeciwności? Czyż bym zapomniał tak łatwo dóbr wiecznych, przywiązując się tak bardzo do przemijających dóbr tego świata? Co dzień wprawdzie nazywam Boga Ojcem swoim, powtarzam, iż nadzieję w Nim pokładam, ale to nadzieja niedowierzająca, pragnąca koniecznie przeniknąć cudownie wyroki Boże, nadzieja posuwająca się aż do wskazywania Bogu, w jaki sposób ma mi przyjść z pomocą. O Józefie św., najzupełniej aż do heroizmu zdany na wolę Bożą, zjednaj mi dokładnie poddanie się wyrokom i woli Pana, abym myśląc tylko jak Go umiłować i służyć Mu mogę, resztę starania złożył w ręce Jego św. Opatrzności; spraw niech zniknie w oczach moich i sercu złudny blask tego przemijającego świata, co mnie tak zajmuje; oderwij od niego me serce, skieruj je całkowicie ku pożądaniu królestwa na Niebiosach; zjednaj mi tę nadzieję silną, która się nie zmienia, nie chwieje, ale jest pewnym zadatkiem błogosławionej szczęśliwości.

Dzień 5.

Święty Józef wzorem miłości

O Serafinie gorejący miłością, św. Józefie, wielkim jesteś we wszystkich cnotach, ale w miłości ku Jezusowi jesteś niezrównany! Ciągle patrzeć na Jezusa, nieustannie myśleć o Jezusie, nieustannie pracować dla Jezusa lub z Jezusem! Ach takie towarzystwo, przebywanie z Jezusem, jakież płomienie, jakież wybuchy miłości zapalać musiało w sercu Józefa! Jezus przyszedł na ziemię puścić ogień i po Maryi, Jego najmilszej Matce, Ty byłeś na pierwsze działanie tego ognia najdłużej wystawiony! Serce twe długim praktykowaniem cnoty przygotowane, aby gorzeć tymi Boskimi płomieniami, zapaliło się zaraz tym niebiańskim ogniem w uściskach Najsłodszego Jezusa. Tyś Boskie Dziecię tulił do serca, Ono Cię mianowało Swym Ojcem, ponieważ widziało w Tobie osobę Ojca Swego Niebieskiego, który Tobie nad Nim powierzył i Swe prawa, i Swą miłość. Ono otaczało Cię pieszczotami, a Jego głos, każdy uśmiech, spojrzenie, każdy ruch był dla Ciebie nowym żywiołem, który rozniecał w Twym Sercu coraz żywsze pożary miłości. O błogosławiony Patriarcho, my dzielimy z Tobą szczęście, ale nie dzielimy miłości. Alboż to nie ten sam Jezus tak dobry, tak ukochany i słodki, jednoczy Swe Serce z sercem naszym w Najświętszym Sakramencie miłości? Z jakąż dobrocią przemawia do nas jeśli umiemy Go słuchać? Okrywające zasłony Sakramentu czyż nie powinny Go nam uczynić jeszcze wdzięczniejszym? ponieważ jedynie przez zbytek miłości zostaje w tym stanie. Jeśli ukrywa Swą chwałę, to dlatego, aby z nami poufniej obcować. Jednakże serca nasze nieczułe – tyle wysiłków Boskiej miłości nie sprowadzają do nich ani zachwytu, ani ognia, ani gorliwości. Potworna obojętność! Święty Józefie, oddal od nas tego strasznego potwora. Jezus nie odmówił nic Twej miłości, proś przeto i błagaj, niech nam łaskawie udzieli, już nie zdrowia lub innego dobra, ale jedynie miłości, swej najczystszej miłości!

Dzień 6.

Święty Józef wzór czystości

Cudowny, wielki święty, czysty Oblubieńcze Dziewicy Dziewic, pozdrawiam Cię dziś i uwielbiam z powodu niezrównanego i nieznanego dotąd zaszczytu, stanowiącego jedną z najpiękniejszych ozdób Twej duszy. Przeznaczony i wybrany na najwierniejszego strażnika dziewictwa Maryi, która je wyżej ceniła nad samą godność Matki Bożej, Tyś miał również te same powaby, zamiłowanie tej cnoty, co Twa Niepokalana Oblubienica! Twe Serce zamknięte było na najmniejszą nawet skazę tej cnoty. O Józefie! jak w miłości Serafinów, tak w czystości same nawet przewyższasz Archanioły! Maryja, co się trwoży na widok Anioła, trzydzieści lat spędza z Tobą, a obecność Twoja nie sprowadza do Jej duszy najmniejszej obawy: i jak Macierzyństwo Boże było pieczęcią Jej dziewictwa, tak również węzeł małżeński Twojego świętego z Maryją pożycia jest dla Niej nową warownią bezpieczeństwa. O św. Józefie uwieńczony najbielszymi liliami Dziewictwa, bez osobliwszej łaski nie możemy iść za Tobą po tej prawdziwie anielskiej drodze, lecz wiemy, że taka łaska i dar wielki, kosztowny, nie może być odmówiony tym, którzy przez Ciebie o takowy proszą. Wyproś nam przeto, każdemu wedle stanu, prawdziwą, doskonałą czystość serca, umysłu, i ciała, abyśmy mogli być uczestnikami szczęśliwości tych, o których rzeki Jezus: Błogosławieni czystego serca, bo oni Boga oglądają.

Dzień 7

Święty Józef wzór wszelkich cnót

O mężu sprawiedliwy, św. Józefie! wdzięczna woń, co mile na wsze strony z Twego rozchodzi się serca, podobna jest do pola pełnego wonnych kwiatów, które Pan napełnił błogosławieństwem. Tyś jest słońcem promieniejącym, gdzie wszystkie cnoty jaśnieją blaskiem najpiękniejszym. Jak skore posłuszeństwo, jak głęboka pokora, jak szczera prostota albo jest że jaka cnota, która by w Tobie nie jaśniała w stopniu najdoskonalszym! O najmilszy mój Patronie, ileż stąd mam pobudek do zawstydzenia się na widok mej niedoskonałości. Ty wszystko poświęcasz, byle spełnić wolę Boga; a ja ileż razy poświęciłem wszystko niegodnym, ziemskim namiętnościom? Tyś pragnął być nieznany przed ludźmi; łaski i dary, które tak świetnie Cię zdobiły, służyły Ci jedynie do upokorzenia, do poznania coraz więcej Twego nicestwa. A ja tego tylko pragnę, za tym wzdycham, abym się mógł pokazać, marny zyskać poklask świata. Miłość mnie własna zaślepia; ukrywa przede mną samym me upadki i brzydotę; tak, iż zamiast jęczeć za me grzechy, poważam się nierozsądnie chełpić z niektórych maluczkich spraw dobrych, jakie czynię albo raczej chełpię się z tego, iż nie wszystko złe, które mógłbym wykonać, jeszcze popełniłem. O, najmilszy św. Józefie, tak pokorny w oczach własnych, a tak wielki przed obliczem Boga, błagam Cię wyjednaj mi cnotę, podstawą i fundamentem cnót wszelkich będącą. Wyjednaj mi pokorę, łaskę poznania siebie, abym sobą wzgardził i nienawidził; zjednaj mi męstwo, abym nie dbał, co mi świat powie, a jedynie usiłował we wszystkich czynach podobać się Bogu samemu. Wyrzekam się już mądrości, próżności ludzkiej. Niech poniżenie i wzgarda, tak jak Twoim, będzie moim udziałem na tym świecie. Odtąd cała ma chwała, rozkosze moje niech będą: w pokorze i spokoju naśladować Jezusa, Maryję i Józefa św.

Dzień 8

Św. Józef wzór życia skupionego w duchu

Chwalebny Patriarcho, św. Józefie, świat Tobą gardził, boś Ty nie był z tego świata, Twe życie było ukryte z Jezusem w Bogu. Poczytano Cię tylko za biednego robotnika z pospólstwa. Twe ubóstwo i prostota były przedmiotem natrząsania się i wzgardliwego od Ciebie stronienia. Lecz gdyby zajrzano do głębi Twej duszy, jakież by tam odkryto bogactwa i skarby.

Lecz Ty na świat i ludzi nie zważasz. Jezus, doskonałość i wielkość Boga Ciebie jedynie zajmują, o nich tylko rozmyślasz w Twym sercu. Praca rąk Twoich nie odrywa Cię od pamięci o obecność Boga, a miłość dodaje ceny nieskończonej Twym najdrobniejszym nawet sprawom, z których każda najdoskonalszym jest aktem miłości. Błogosławiony pot i trudy, które karmią Jezusa, błogosławione ręce, które Go tak często piastują i dla Niego jedynie się trudzą, błogosławione Twe oczy, które nie przestają spoglądać na Jezusa. Lecz nad to wszystko błogosławione Twe czyste, Dziewicze serce, które miłuje Jezusa ciągle, nieustannie i nic więcej nie miłuje nad Jezusa! A ja nędzny zaledwie podczas krótkiej modlitwy mogę utrzymać ducha mego w skupieniu, a serce mało zjednoczone z Bogiem. Godziny i dnie całe uchodzą bez myśli o Bogu. Wyobrażenia próżne, niepożyteczne, a częstokroć występne, jedne po drugich na kształt czarnych chmur zalegają mój umysł. O, gdybym prawdziwie miłował Jezusa, gdyby Jezus był moim skarbem, moją miłością, moim wszystkim, czy nie byłoby moją rozkoszą rozmyślać, zostawać przy Nim zawsze; czyż by mnie tyle trudziło, że czasem powiem, że Go kocham? Po tysiąckroć uczułem próżnię: jałowość, pomieszanie, gorycz, jakie zostawiają w duszy wszystkie rzeczy stworzone, przyjaźnie światowe, myśli i pragnienia ziemskie, pozory doczesne, po tysiąckroć jęczałem pod ciężarem tych więzów i nie mogłem zrzucić tego nieznośnego jarzma, abym w Jezusie znalazł odpocznienie, ulgę i spokój duszy, jakich świat dać nie może, a które nieskończenie przewyższają wszystkie powaby i rozkosze ziemi. Ach, jakiż mój nierozsądek, gdy się poddaję takiej ciężkości i nieszczęściu w tym i przyszłym życiu! O najmilszy św. Józefie, mistrzu życia duchownego, osobliwszy Patronie dusz pragnących poprawy i udoskonalenia się, patrz na nędzę i ogołocenie z cnót wszelkich, do jakiego me namiętności przywiodły mą biedną duszę; wyrwij mnie z tak strasznego pustkowia, gdzie mi tak tęskno; wprowadź do krainy mlekiem i miodem płynącej, wyjednaj mi skupienie ducha, modlitwy i rozmyślania, czystość serca i prawej zawsze intencji; wszystkiego się spodziewam po Twej dobroci, wiem, że w ręku Twoim są skarby łask duchowych, Tobie przeto, Twemu przewodnictwu całkowicie się oddaję.

Dzień 9

Święty Józef, patron dobrej śmierci

O, najchwalebniejszy św. Józefie! w godzinę mej śmierci najbardziej mi będzie potrzeba Twej pomocy i ratunku. Dziś przeto błagam Cię o to na ową straszną śmierci godzinę, w której nie wiem, czy będę miał dość przytomności i mocy wezwać Ciebie na ratunek i wymówić Najsłodsze Imiona: Jezus i Maryja! Kiedy wspomnę na występne me życie przeszłe, lękam się słusznie sprawiedliwości Boskiej; grzechy i niewdzięczności moje napełniają mnie strachem; jakiż, to stan sprzeczny z Twym życiem i Twą śmiercią Józefie święty! Śmierć dla Ciebie była słodki, pożądana, bo życie Twe św. nie mogło innej Ci przynieść śmierci, tylko tę, o jakiej Pismo Boże wspomina: Droga śmierć przed obliczem Pana Świętych Jego. Pełen dni i zasług widziałeś jak Zbawca przychodzi na świat, Tyś Go wychował, spełniłeś godnie wzniosłe posłannictwo, do jakiego Ojciec Niebios Cię powołał. Idź teraz spocząć po trudach i pracy, ponieś radość duszom w otchłaniach; jak śliczna jutrzenką zwiastuj im miłą nowinę, bliskie wzejście słońca sprawiedliwości. Jakaż pogoda na Twej twarzy, jakiż spokój w Twej pięknej duszy! Na widok najmilszego Jezusa przy Tobie, serce Twe wyskakuje z radości, nie może powstrzymać gwałtowności gorejącego w nim ognia, wysila się na uczynienie najdoskonalszego aktu miłości i w tym słodkim, miłosnym wysileniu oddajesz ducha w ręce Jezusa i Maryi! O śmierci Józefa św., bardziej pożądana nad wszelkie życie! O, któż by mi dał, abym mógł umierać w słodkich objęciach Jezusa i Maryi! O wielki święty wzorze i osobliwszy Patronie dobrej śmierci, spraw, błagam Cię usilnie, niech umrę śmiercią sprawiedliwych. Aby zaś prośba moja nie wychodziła z granic porządku Opatrzności, wyjednaj mi łaskę, abym wiódł życie w pamięci na obecność Jezusa i Maryi, niech Oni będą nieustannie przytomni memu sercu, abym mógł tym sposobem zjednać sobie ich obecność i przy śmierci. Niech już od tej chwili umieram sobie samemu; umieram moim namiętnościom, moim ziemskim pragnieniom, temu wszystkiemu, co nie jest Bogiem; niech żyję jedynie Temu, który umrzeć raczył z miłości ku mnie. Ach tak, od chwili obecnej przy łasce Boga, i Twej opiece Józefie św., pragnę już zacząć gotować się na śmierć; pragnę czynić pokutę za grzechy, pragnę miłować Boga mego całym sercem, wszystką potęgą mej duszy. Jezus, Maryja, Józef! przy Waszej pomocy, w Waszej obecności czynię te postanowienia. Jezus, Maryja, Józef! ratujcie mnie, teraz i w godzinę śmierci mojej. Amen.

Źródło: Nowy brewiarzyk tercjarski, wyd. trzynaste, nakładem prowincjałatu OO. Kapucynów w Krakowie 1928.

Ilustracja: Ucieczka do Egiptu; Dziewica niosąca Dzieciątko Jezus, Józef wskazujący w lewo, za Reni ca. 1635–57. Drzeworyt autorstwa Samuela Bernarda (domena publiczna).




Szesnaście zasad zdobywania wiedzy

Św. Tomasz z Akwinu

„Szesnaście zasad zdobywania wiedzy” pochodzi z listu, który św. Tomasz z Akwinu napisał do pewnego „brata Jana”. Niektórzy uczeni wątpią, czy autorem jest rzeczywiście św. Tomasz. Niemniej, wątpliwości te nie umniejszają wartości i uniwersalności zasad, które praktykował i rozpowszechniał o. Antonin Sertillanges OP.

„Ponieważ zapytałeś mnie, bracie Janie, umiłowany w Chrystusie, jak zabrać się do zdobywania skarbu wiedzy, oto rada, którą tobie przekazuję:

1. Powinniśmy płynąć małymi rzeczkami, strzegąc się wskakiwania bezpośrednio do morza, bowiem to od rzeczy łatwych docieramy do trudnych. Oto moje ostrzeżenie, a twoja instrukcja.

2. Sugeruję, byś był niechętny do mówienia

3. i nieskory do przebywania w miejscach rozmów.

4. Umiłuj czystość sumienia.

5. Nie przestawaj się modlić.

6. Umiłuj przebywanie w swojej celi, jeśli chcesz, by cię zaprowadzono do piwniczki z winem.

7. Okazuj wszystkim sympatię.

8. Nie zwracaj uwagi na sprawy innych.

9. Nie bądź z nikim zbyt poufały, ponieważ zbytnia zażyłość rodzi pogardę i spowalnia w nauce.

10. Nie angażuj się w żaden sposób w czyny i słowa ludzi światowych.

11. Przede wszystkim unikaj czczych rozmów; nie zaniedbujcie naśladowania ludzi świętych i dobrych.

12. Nie zważaj, od kogo zdobyłeś wiedzę,

13. ale zapamiętuj wszelkie dobre rzeczy.

14. Ta sama zasada tyczy się tego, co czytasz i słyszysz; staraj się rozumieć; rozwiej każdą ze swoich wątpliwości.

15. Staraj się zachować wszystko, co możesz, w zasobach swojego umysłu, tak jakbyś próbował napełnić filiżankę.

16. Nie szukaj rzeczy wyższych od siebie.

Trzymając się tych zasad, przez całe swe życie będziesz wypuszczał pędy oraz rodził kwiaty i owoce w winnicy Pana Zastępów. Jeśli będziesz postępować zgodnie z tymi rzeczami, osiągniesz wszystko, czego pragniesz”.

Źródło: https://catholicbiblestudent.com/2012/12/st-thomas-aquinas-sixteen-precepts-acquiring-knowledge.html  (tłum. red.)

Ilustracja: Kuszenie św. Tomasza (fragment), Diego Velázquez, 1632, Diecezjalne Muzeum w Orihuela, w Hiszpanii (Creative Commons CC0 License).




Testament wdzięczności św. Bernadetty

W dniu 11 lutego obchodzimy uroczystość objawienia się Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Lourdes. Matka Boża objawiła się w 1858 r., w 4 lata po ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia, 14-letniej pasterce Bernadecie Soubirous. Między 11 lutego a 16 lipca Maryja objawiła się Świętej 18 razy, prosząc o modlitwę, pokutę oraz wzniesienie kościoła. Po zakończeniu objawień Bernadetta wstąpiła do zakonu Sióstr Miłosierdzia w Nevers. Zmarła tam w 1879 r., w wieku 35 lat. Pracując nad biografią Świętej, katolicki pisarz, Marcelle Auclair, odnalazł jej “testament wdzięczności” – modlitwę wyrażającą Jej wdzięczność za ogromne cierpienia, oschłości, przykrości ze strony innych. Testament porusza swą prostotą i wymową.

Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało,
za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach,
za ciągłe zmęczenie, dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci, Boże mój, za prokuratora i za komisarza, za żandarmów, za twarde słowa ks. Peyramale.

Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju.
Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną,
za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu, dziękuję Ci Matko.

Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam,
za moją ignorancję i za moją głupotę dziękuję Ci.

Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała

Za to, że moja mama umarła daleko,
za ból, który odczułam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę,
nazwał mnie “siostro Mario Bernardo” dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą

Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego,
dziękuję, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię,
i za chleb upokorzenia dziękuję.

Za to, iż byłam taką, że matka Maria Teresa mogła o mnie powiedzieć: “Nigdy jej dość nie ustępujcie”.

Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad,
tak że inne siostry mówiły: “Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

Dziękuję za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko,
tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: “To ta ma być?”
Bernadetą, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę.

Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym,
za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle dziękuję Ci, mój Boże.

I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości,
za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko.
Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakło dziękuję Ci Jezu

Za: “Fonti vive”, Caravate, wrzesień 1960




Maryja w życiu św. kardynała Newmana

13 października odbyła się kanonizacja angielskiego kardynała Johna Henry’ego Newmana (1801-1890). Kard. Newman był konwertytą z anglikanizmu. Jego wstąpienie do Kościoła katolickiego w 1845 r. było poprzedzone wzmożoną miłością do Matki Bożej. To jego maryjność, jeszcze jako duchownego anglikańskiego, zbliżała go coraz mocniej do Kościoła katolickiego.

W 1826 r. John Henry Newman został nauczycielem w Oriel College w Oksfordzie. Tam poznał anglikanina Kościoła wysokiego, Hurrella Froude’a. Zostali przyjaciółmi. To dzięki Froude’owi Newman zainteresował się nabożeństwem do Matki Bożej. W 1832 r., w uroczystość Zwiastowania, Newman – pełniący wówczas funkcję pastora kaplicy uniwersyteckiej pw. Najświętszej Maryi Panny – nauczał w kazaniu: „Kto może ocenić świętość i doskonałość Maryi, która została wybrana na Matkę Chrystusa? Jakie musiały być Jej talenty, skoro została ustanowiona jedyną bliską ziemską krewną Syna Bożego, jedyną, którą z natury miał czcić i szanować; wybrana, aby Go szkolić i kształcić, aby Go pouczać z dnia na dzień, gdy wzrastał w mądrości i w latach?”.

Odtąd Maryja miała formować, edukować i pouczać młodego anglikańskiego duchownego, ponieważ on także dorastał w mądrości i w latach – i w oddaniu się Jej – w sposób, którego nie był w stanie przewidzieć.

Po śmierci Froude’a w 1836 roku, Newman otrzymał jego Brewiarz Rzymski. Zaczął go codziennie odmawiać, ale pomimo swojego nowego nabożeństwa do Maryi, nie uwzględniał modlitw Brewiarza wzywających Jej wstawiennictwa. Nadal kierowała nim anglikańska niechęć do niektórych aspektów katolickiego nabożeństwa do Matki Bożej.

W 1841 r. profesor C. W. Russell z katolickiego seminarium w Maynooth w Irlandii napisał do Newmana. Russell zapewnił go, że ​​głębsza znajomość nauczania Kościoła na temat Najświętszej Dziewicy pomogłaby złagodzić wszelkie obawy, jakie miał na ten temat. Russell odważył się nawet zasugerować, całkiem słusznie, że Różaniec był jedynie „serią medytacji o Wcieleniu, Męce i Chwale naszego Odkupiciela”. Wysłał także Newmanowi kopię homilii św. Alfonsa Liguoriego o Matce Bożej. Kilkadziesiąt lat później w swojej autobiografii Apologia Pro Vita Sua (1864), Newman napisał: „[Russell] miał być może największy związek z moim nawróceniem niż ktokolwiek inny”.

Zanim Newman postanowił zostać katolikiem, jego zrozumienie roli Maryi w życiu chrześcijan i w dziele odkupienia ludzkości zostało znacznie pogłębione dzięki lekturze Ojców Kościoła. Pisząc o Trzecim Soborze Ekumenicznym w Efezie (431 r.), gdzie potwierdzono godność Maryi jako Theotokos, czyli Matki Bożej, zauważył, że było to konieczne „w celu ochrony doktryny Wcielenia i zachowania wiary katolików przed podstępnym humanitaryzmem”. Z czasem zwrócił uwagę na to, że te grupy chrześcijańskie, które wyrzekły się jakiegokolwiek nabożeństwa do Matki Bożej„ wkrótce przestały uwielbiać Jej Wiecznego Syna.

Newman był pod wielkim wpływem poglądu Ojców Kościoła na Maryję jako na Drugą Ewę. Opierając się na pismach św. Justyna, św. Ireneusza i Tertuliana, Newman wyjaśnił, że Ewa spowodowała upadek człowieka i że, jako „nowa Ewa”, Maryja uczestniczyła w naszym zbawieniu. Tak jak Ewa współpracowała z diabłem, przynosząc wielkie zło, Maryja również współpracowała z łaską, aby osiągnąć znacznie większe dobro. Dzięki tej analizie Newman mógł rzucić okiem na wielką godność Matki Bożej.
Najwyższą godnością Maryi i być może jej największym tytułem jest tytuł Theotokos, czyli Matki Boga. Gdy formalnie potwierdzono użycie Theotokos na Soborze w Efezie, Newman zastanawiał się, jak to było możliwe, że anglikanie nie zobaczyli tego, co on teraz widział, a mianowicie, że całe katolickie rozumienie Maryi jest zasadniczo rozumieniem Ojców Kościoła.

Można śmiało powiedzieć, że im bardziej Newman zbliżał się do Kościoła, tym bardziej zbliżał się do Matki Bożej. Po nawróceniu w 1849 r. opublikował swoje przemówienia skierowane do zgromadzeń mieszanych. Rozmyślał o roli Maryi jako o bastionie wiary w życiu chrześcijanina i jako o głównym świadku Wcielenia.

„Kościół i Szatan zgodzili się w tym, że Syn i Matka szli razem; a doświadczenie  trzech [ostatnich] stuleci potwierdziło ich świadectwo, ponieważ katolicy, którzy czcili Matkę, nadal czczą Syna, podczas gdy protestanci, którzy już przestali wyznawać  Syna, rozpoczynali, szydząc z Matki”.

W odniesieniu do wstawienniczej mocy Matki Bożej Newman, niewątpliwie świadomy protestanckich obaw w tym zakresie, wykazał biblijną naturę wstawiennictwa za pomocą przykładów zaczerpniętych zarówno z postaci Starego (Abrahama, Mojżesza), jak i Nowego Testamentu (Filipa, Andrzeja).

Jeśli chodzi o Wniebowzięcie Maryi, Newman zrozumiał, że doktryna ta była nie tylko była wyznawana od najdawniejszych czasów, ale także pozostawała w pełni spójna z innymi prawdami Objawienia, w szczególności z doktryną o Bożym Macierzyństwie Maryi i zmartwychwstaniu ciała.

„Jeśli Stwórca przyjdzie na ziemię w postaci sługi i stworzenia”, pyta Newman, „dlaczego Jego Matka nie może z drugiej strony stać się Królową Niebios i być odziana w słońce i mieć księżyc pod swoimi stopami?”

W ostatnich latach wzrok Newmana znacznie się pogorszył. Nie był w stanie modlić się swoim Brewiarzem. Zastąpił go odmawianiem Różańca. Jednak jeszcze przed tym czasem, gdy nie pisał i nie czytał, ludzie wokół niego widzieli, jak często nosił Różaniec w dłoniach.

Wzrastając w miłości do tego maryjnego nabożeństwa, napisał, że Chrystus „zstąpił z nieba i zamieszkał wśród nas i umarł za nas. Wszystkie te rzeczy są w Credo, które zawiera najważniejsze rzeczy, które nam o sobie objawił. Otóż wielka moc Różańca polega na tym, że czyni z Credo modlitwę. Oczywiście Credo jest w pewnym sensie modlitwą i wielkim aktem hołdu Bogu, ale Różaniec podaje nam wielkie prawdy o Jego życiu i śmierci, aby je medytować, i przybliża je do naszych serc”. Dalej dodaje: „I tak kontemplujemy wszystkie wielkie tajemnice Jego życia i Jego narodzin w stajence, podobnie tajemnice Jego cierpienia i błogosławionego życia. Jednak nawet chrześcijanie, z całą swoją wiedzą o Bogu, zwykle mają ku Niemu więcej podziwu niż miłości, a szczególna cnota Różańca polega na szczególnym spojrzeniu na te tajemnice. Albowiem wszystkie nasze myśli o Nim mieszają się z myślami o Jego Matce, a rozważając relacje między Matką i Synem mamy przed oczami Świętą Rodzinę — dom, w którym mieszkał Bóg. Otóż rodzina, nawet po ludzku, jest rzeczą świętą. O ile bardziej rodzina, połączona nadprzyrodzonymi więzami, a przede wszystkim rodzina, w którym Bóg mieszkał ze swoją Najświętszą Matką”.

Oprac. na podst.: http://www.ncregister.com




Św. Stanisław Kostka (5) – Podróż Stanisława z Wiednia do Rzymu

ks. Stanisław Bońkowski

„Ten ostatni (Stanisław) od dwóch prawie lat powziął chęć wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego i tak gorąco nastawał, że ledwie mogli mu się oprzeć. Zawsze jednak odpowiadaliśmy mu, że nie może być przyjęty, jeno tylko za pozwoleniem ojca… Ale on pewnej niedzieli, nie zwierzywszy się nikomu ze swego zamiaru, z miasta uciekł”.

Tak relacjonował sprawę ucieczki Stanisława przełożony Towarzystwa Jezusowego w Wiedniu wizytatorowi w Polsce. Stanisław myślał o wymarszu z Wiednia od chwili rozmowy z o. Fr. Antonio, który w sierpniu 1567 r. poddał mu myśl, aby udał się do Augsburga, do Piotra Kanizego, prowincjała Górnych Niemiec, lub też do Rzymu do Franciszka Borgiasza, generała Towarzystwa Jezusowego, obiecał mu nawet dać listy polecające. Stanisław czekał na odpowiedni moment i okazję. Okazji dostarczył Paweł. W dniu 9 sierpnia w sobotę miało miejsce nieporozumienie między Stanisławem a Pawłem. Gdy bowiem Paweł źle odniósł się do Stanisława, Stanisław, który do tego czasu w takich sytuacjach zazwyczaj milczał, teraz bardzo spokojnie odpowiedział: „Jeśli w ten sposób będziesz ze mną postępował, będziesz przyczyną mojej ucieczki i zdasz sprawozdanie rodzicom”. Paweł nie usiłował w zamiarze Stanisława powstrzymać. Owszem, żartobliwie nawet go zachęcił. Stanisław skorzystał z żartobliwego pozwolenia Pawła. Zdecydował się więc na wyjście zaraz następnego dnia. Była to trzynasta niedziela po Zielonych Świątkach, w uroczystość św. Wawrzyńca. W przeddzień, w sobotę napisał Stanisław krótki list, w którym tłumaczył się przed Pawłem i Bilińskim ze swego czynu. Oznajmił mianowicie, że jest powołany od Boga do zakonu, a ponieważ nie może w Wiedniu realizować swoich zamiarów, opuszcza miasto, aby spełnić wolę Bożą. W końcowych słowach żegna Pawła oraz Bilińskiego i prosił ich, aby w jego imieniu pożegnali rodziców. Następnego dnia w niedzielę 10 sierpnia 1567 roku Stanisław wstał bardzo wcześnie. Powiedział służącemu Pacyfikowi o liście do Pawła i Bilińskiego oraz polecił zakomunikować im, że tego dnia nie będzie z nimi jadł śniadania. Pożegnał Pacyfika i wyszedł. W kościele księży jezuitów uczestniczył we Mszy św., przyjął Komunię św., zabrał listy polecające od o. Fr. Antonio i wczesnym rankiem wyruszył w drogę. Przedtem jeszcze, w celu niezwracania na siebie uwagi, zmienił ubiór. Złożył szaty odświętne, a założył ubogie. Tak opisuje nam wyjście Stanisława jego najbliższy przyjaciel, St. Warszewicki, któremu prawdopodobnie Stanisław niejeden raz opowiadał o tym wydarzeniu.

Wyjście Stanisława z miasta zaniepokoiło najpierw samych jezuitów. Obawiali się posądzenia, że to właśnie oni wysłali potajemnie Stanisława. Chcąc zapobiec w Polsce tym podejrzeniom napisał jeden z ojców wiedeńskich list do o. Xumiera T. J. wizytatora jezuitów w Polsce i przesłał go przez Pawła, który w dwadzieścia dni po wyjściu Stanisława z Wiednia wracał do Polski. Autor listu informuje wizytatora jezuitów o zajściu i jak do niego doszło. Tłumaczy przy tym, że jezuici tej ucieczki nie organizowali. Najbardziej zaniepokojeni wyjściem Stanisława byli Paweł i Biliński. Kilkugodzinna nieobecność Stanisława zwróciła ich uwagę. Dopiero pod wieczór tejże niedzieli sprawa wyjaśniła się, gdy do rąk Pawła trafił list zostawiony przez Stanisława. W świetle tego listu zrozumiał Paweł słowa Stanisława: „jeśli w ten sposób będziesz ze mną postępował, będziesz przyczyną mojej ucieczki”. Paweł i Biliński stanęli wobec faktu ucieczki Stanisława, a następnie wobec pytania, jak na ten fakt reagować. Zdecydowali się wyruszyć w pościg za Stanisławem. Nie wiemy dokładnie, którego dnia wyruszyli w pościg — w niedzielę, jak podaje Sacchini, czy rankiem dnia następnego — jak świadczy Rostowski. Obie wersje, jak później zobaczymy, mogą być prawdziwe.

Otóż przed biografami św. Stanisława staje dziś nie rozwiązany problem, dlaczego Paweł i Biliński nie doścignęli Stanisława. I wokół tego pytania narosło wiele legend i opowiadań. Najczęściej przytacza się opowiadanie, że Paweł i Biliński nie doścignęli Stanisława, gdyż konie „cudownie” zatrzymane nie chciały pójść dalej. Opowiadanie to należy usunąć z życiorysu Stanisława […] „Roczniki Wiedeńskie” domu jezuitów z 1568 r., odnotowują fakt ucieczki Stanisława i opisując pogoń za nim, nie podają cudownego charakteru zatrzymania się koni. Sam fakt z końmi podają w formie, w jakiej najczęściej podaje się opowiadania legendarne. […] W tzw. liście do Ernesta zebrane są wszystkie cudowne wydarzenia i przygody Stanisława w podróży. Nie ma natomiast opowiadania o wydarzeniu z końmi. Jest wzmianka, że brat nie poznał Stanisława. Jeśli list do Ernesta jest autentyczny, to Stanisław — opisując inne — nie pominąłby i tego wydarzenia. […]

W rozwiązaniu tej zawiłej kwestii trzeba oprzeć się na dwóch autentycznych zeznaniach: mianowicie Pawła i Bilińskiego.

Biliński zaznacza w sprawozdaniu do jezuity pułtuskiego, że nie mogli doścignąć Stanisława, gdyż poszedł on w stronę Dylingi i Ingolsztadu, pogoń zaś wyruszyła w stronę Lublany. Paweł wyrzucał sobie do śmierci, że nie poznał brata w drodze, że był jakby oślepiony. Zeznania Pawła potwierdził Pacyfik, że mieli go na oczach, a nie poznali. Z wyżej przytoczonych świadectw można wnosić, że jeszcze tej samej niedzieli wyjechali razem Paweł i Biliński, lecz zmylili drogę. Wyruszyli bowiem w stronę Grazu i Lublany. To była najprostsza droga wiodąca z Wiednia do Rzymu. Stanisław natomiast wyruszył w przeciwnym kierunku. Kierował się bowiem nie do Włoch, lecz do Augsburga. Ruszył więc nie na południe, lecz na północ. Dopiero następnego dnia Paweł podążył w stronę Augsburga, a dopędziwszy brata nie poznał go. Mógł nawet w ogóle nie zatrzymywać się widząc po drodze ubogiego chłopca, w wieśniaczym ubiorze, z laską w ręku. Zresztą podróż piesza nawet w daleką drogę w XV i XVI wieku nie była czymś nadzwyczajnym i można było często spotykać pieszych wędrowców. Stanisław nie był wyjątkiem. Zwłaszcza jezuici w XVI wieku odbywali pieszo dalekie podróże. Św. Ignacy, który większą część swych podróży odbywał pieszo, wydał osobne „regulae peregrinorum”. Tak więc i podróż Stanisława na tle ówczesnych zwyczajów jest zrozumiała. Droga z Wiednia najczęściej prowadziła przez Triest, Wenecję, Bolonię do Rzymu. Stanisław nie poszedł na południe od Wiednia, jak należałoby przypuszczać i jak sądzili Paweł i Biliński, lecz skierował się na północny zachód. Pierwszym jego celem podróży nie były Włochy, lecz Niemcy. Szedł do Piotra Kanizego do Augsburga. W drodze do Augsburga Stanisław „zwyczajem pielgrzymów jezuickich” prawdopodobnie korzystał z domów Towarzystwa Jezusowego. Mógł zatrzymywać się w Altötting Ebensberg, w Monachium i w Landsbergu. W tych bowiem miejscowościach jezuici mieli swoje domy zakonne. Podróż była uciążliwa i długa. Dziennie szedł Stanisław około 30 mil włoskich. Przeszedłszy około 430 mil doszedł wreszcie do Augsburga. Tu Stanisława spotkało rozczarowanie. Piotra Kanizjusza w Augsburgu nie zastał. Odpowiedziano Stanisławowi, że wizytuje on dom jezuicki w Dylindze. Z Augsburga do Dylingi jest przeszło 30 km. Trzeba iść przynajmniej 6 godzin. Stanisław zjawił się w Augsburgu pod wieczór. Jezuici dali mu posiłek i nocleg. Dopiero dnia następnego Stanisław wyruszył w dalszą drogę do Dylingi. Tak więc w Dylindze zjawił się Stanisław w połowie września 1567 r. Na szczęście zastał tu o. Piotra Kanizjusza. Kanizjusz przeczytał list o. Fr. Antonio, sam dojrzał w Stanisławie naturalne skłonności i obiecał wkrótce wysłać go do Rzymu. Tymczasem chcąc poznać pokorę młodego postulanta — umieścił go w kolegium św. Hieronima. Zatrzymał się tu Stanisław około trzech tygodni. Przez ten czas z ochotą spełniał posługi kuchenne, usługiwał do stołu, a czynił to z taką troską i pilnością, że zwrócił na siebie uwagę wszystkich. Czas jego pobytu w Dylindze był czasem próby jego powołania. Niedługo Kanizjusz patrzył na posługiwanie Stanisława w Dylindze. Już bowiem 18 września napisał list do Borgiasza, w którym wspomina o Stanisławie. Czytamy w nim: „Otrzymałem bowiem list z zawiadomieniem, że mogę tam posłać brata Jakuba Genueńczyka. Przybędzie więc z Mistrzem Raynerem, a do tych dwóch przyłączę Stanisława, dobrego i szlachetnego młodzieńca; Polaka, który pragnie wstąpić do naszego zakonu, nawet wbrew woli rodziców”. O wysłaniu do Rzymu Jakuba Genueńczyka i Raynera Piotr Kanizy pisał już wcześniej do Borgiasza, a mianowicie, pytał, czy może ich wysłać 12 sierpnia 1567 roku z Innsbrucku. Gdy przyszła odpowiedź pozytywna, wysłał ich okazyjnie i wraz z nimi Stanisława Kostkę. Trzej młodzieńcy opuścili Dylingę pod koniec września 1567 roku. W liście bowiem do Borgiasza z dnia 4 października 1567 roku Piotr Kanizjusz zaznaczył, że zgodnie z umową w ostatnim tygodniu wysłał trzech młodzieńców. Mogli więc opuścić Dylingę w dniach od 26 września do 2 października 1567 r. List ten był podyktowany nie tyle chęcią powiadomienia o ich wymarszu, ile troską o ich los w drodze. Droga bowiem z Dylingi do Rzymu była długa i mozolna. Szło się najczęściej przez: Brenner, Bolzano, Trydent, Padwę, Ferrarę, Bolonię, Florencję, Sienę, Perugię, Arezzo, Terni, Rzym. Do Rzymu przyszli 25 października 1567 roku. Taki bowiem dzień zapisany został w kodeksie nowicjuszy. Szli więc niecały miesiąc.

Źródło: ks. Stanisław Bońkowski, Święty Stanisław Kostka, Płock 1967. Język uwspółcześniono; pominięto przypisy.